Notatnik Kulturalny

Bloga o nazwie Notatnik Kulturalny prowadzę już ponad dwa lata - codziennie piszę o filmie, płytach, książkach. Na początku traktowałem to trochę jako miejsce na prywatne zapiski, by nie uleciały różne wrażenie i refleksje, a z czasem coraz większą frajdę sprawiają okazje do wymiany poglądów, komentowania, dyskusji. Na blogu dominują filmy, tu spróbuję wybrać to co dotyczy moich lektur, a czytam prawie wszystko :)

Piekło widziane od drugiej strony

Łaskawe - Jonathan Littell

Chyba najbardziej wstrząsająca dla mnie lektura ostatnich lat (nie tylko roku). I w tym przypadku wcale nie dziwią mnie ani zachwyty krytyków, ani też nazywanie tego skandalem, czy pornografią. Łaskawe Littella to powieść cholernie ciekawa, poruszająca, ale też miejscami tak obrzydliwa, że człowiek nie ma ochoty na dalszą lekturę. 

 
Narratorem powieści i jej głównym bohaterem jest dr Maximilian Aue - prawnik, filozof kochający sztukę i jednocześnie robiący karierę w SS, funkcjonariusz NSDAP. Cała książka to jego wspomnienia z drugiej wojny światowej - kierowany rozkazami swych przełożonych stał się naocznym świadkiem wielu ważnych wydarzeń, które teraz, z perspektywy czasu wspomina. Nie jest to ani spowiedź, ani żaden rachunek sumienia, bo nie czujemy w nim poczucia winy ani odpowiedzialności. On sam postrzega się jedynie jako świadka, nigdy sprawcę zdarzeń - jest obserwatorem i jak sam siebie postrzega również ofiarą okrutnego biegu zdarzeń, tego szaleństwa, które wymknęło się spod kontroli. 
I to jest pierwszy niesamowity i poruszający jak cholera aspekt tej powieści. Podejście głównego bohatera i jak on sam twierdzi "wielu uczciwych Niemców" do kwestii "likwidacji problemów" na podbitych ziemiach (czyli psychicznie chorych, Żydów, Cyganów, Polaków, komunistów itd.) jest chłodne, precyzyjne jak brzytwa i "racjonalne". Problem trzeba rozwiązać i robi się to w sposób planowany, w rękawiczkach i bez emocji. To nie masowe rozstrzeliwanie jest tu kłopotem, ale to by odbywało się jak najszybciej, w porządku i z możliwością zacierania śladów. Trupy do rowów warstwami, jednak kula na człowieka, potem cieniutka warstwa ziemi i kontynuujemy. Zadanie do wykonania. Racjonalność w cenie. Np. gazowanie spalinami w ciężarówce, którą przewozisz ludzi (tylko skąd tyle ciężarówek?). Statystyka. Wydajność. Sprawozdawczość. Wynik. Jesteśmy przecież porządnymi ludźmi i brzydzimy się niepotrzebną przemocą, okrucieństwem, tym mogą cieszyć się tylko jacyś chorzy psychicznie degeneraci. Po co krzyk, rozpacz, hałas. To trzeba ograniczyć do minimum.   
 
Aż ciężko się o tym pisze, a co dopiero gdy się to czyta...
 
Trudno w kilku zdaniach, czy nawet akapitach oddać to wszystko co jest zawarte w tej książce - 5 lat wojny, jej okrucieństwa, absurdu, okropności, ale widzianych właśnie oczyma przekonanego do sprawy i wierzącego w Hitlera Niemca. To po prostu trzeba przeczytać. Ponad 1000 stron lektury nie łatwej, nie przyjemnej, wstrząsającej. Te analizy wielkości Rzeszy, powinności dobrego syna narodu, wykładnie teorii narodowego socjalizmu, porównywanie ich z polityką innych krajów, to wejście w sposób myślenia Niemców, opisywanie jak rodził się i jak był realizowany plan eksterminacji - to wszystko poraża, ale trzeba przyznać iż czasem trudno uwierzyć, że to wszystko fikcja literacka. Littell pisze tak, że można by to wziąć za autentyczne wspomnienia z czasów drugiej wojny światowej - pokazanie mentalności, sposobu myślenia i funkcjonowania zaiste genialne.
I w tej warstwie uznałbym tą powieść za wielką.
          
Ale jest jeszcze druga warstwa. Nie mniej ważna i budująca tą powieść. To świat psychiki głównego bohatera, jego przeszłość, jego sposób na radzenie sobie z problemami, jego lęki i pragnienia. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale Aue moim zdaniem wciąż balansuje na cienkiej granicy szaleństwa, tłumi w sobie różne żądze, problemy, a gdy raz na jakiś czas daje im ujście wybuchając one gwałtownie, nie przynosząc najczęściej ukojenia. Od zatracania się w pracy, w pijaństwie, obżarstwie, kopulacji, po stronienie od innych ludzi, rozchwianie emocjonalne, chodzenie jak lunatyk, pogrążanie się w depresji, rozmyślaniu o śmierci. Nie jest dla mnie jakimś szokiem fakt, że Aue jest homoseksualistą, ale raczej to jak desperacko zatraca się w różne luźne przygody, jak jego życie jest puste. Opisy różnych scen, jego fantazji i chwil zaspokajania samego siebie w samotności, są chwilami tak chore, że chyba nawet amatorów literatury erotycznej by zniesmaczyły. Jakaś obsesja na punkcie wydalania, obrazowe obsceniczne opisy, kazirodztwo - to wszystko naprawdę może budzić pytania czy te wszystkie obrzydliwości były konieczne i czemu mają służyć. Naprawdę przy niektórych fragmentach miałem poważnie dość.
 
Im dalej w książkę, tym więcej było właśnie tego "życia prywatnego", czy też różnych fantazji bohatera (coraz bardziej zacierały się też granice między snem i jawą), a mi czytało się coraz trudniej. Rozumiem, że im bliżej końca wojny rozsypywał się cały jego świat zewnętrzny i również ten wewnętrzny poddał się wszechogarniającemu szaleństwu...
 
I chyba nie chcę więcej Wam pisać. Kto się da namówić (ja się zbierałem chyba trzy lata na to dzieło) ten sam się przekona, do której opinii o książce jest mu bliżej. Perwersyjna prowokacja, grafomania i pornografia zbrodni, czy może jednak wielka literatura, monumentalne dzieło w duchu powieści Manna.  
 
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2014/01/askawe-joanathan-littell-czyli-pieko.html

Czy lubisz być zaskakiwany?

Policja - Jo Nesbø
Moje drugie spotkanie z Nesbo i po raz kolejny w wersji audio. Tym razem już nie słuchowisko, a Mariusz Bonaszewski jako lektor. Nie znając wszystkich poprzednich książek o Harrym Hole nie mogę dokonywać porównań, ocen na ile rzeczywiście krytycy twierdząc, że to najlepsza książka cyklu, mają rację*. Ale wiem jedno: Nesbo w Policji dokonał czegoś co w ostatnio połkniętych przez mnie kryminałach było rzadkością. On nie tylko myli tropy, ale robi to na tyle perfidnie, że cały czas człowiek czyta ze ściśniętym żołądkiem, stopniowane napięcie prowadzi nas do wydawałoby się nieuchronnego, oczekujemy (ba, jestem pewny tego co się wydarzy) czegoś potwornego, mając już konkretne obrazy w głowie a tu... Po kilku takich sytuacjach pozostaje mi tylko bić brawo dla jego mistrzostwa. Wzbudzić takie emocje, zaskakiwać w kryminałach potrafi mało kto. Schematyczny model: detektyw - seryjny zabójca, dobry - zły, tajemnica - rozwikłanie, zapętlmy z 10 razy żeby zrozumieć czym się różni Policja od przeciętnego kryminału. Pomysłów starczyłoby przynajmniej na kilka powieści, a tu, gdy wszystko wydaje się jasne, wpadamy od razu w dalszy ciąg historii, a wątki, które nam się wydawały istotne, okazują się tylko ciekawym tłem.
 
I nie chodzi mi tu jedynie o dyskusje czy w poprzednim tomie główny bohater miał zginąć i na ile możliwe jest "zmartwychwstanie", ale raczej o to jak autor wodzi nas za nos, pozwalając snuć różne domysły. Uwielbiam to!

Ci którzy pokochali Harry'ego (o ile można go pokochać, ale na pewno jest interesującym typem z ciekawą osobowością) znowu będą mogli przyjrzeć się jego różnym ciemnym stronom, tym razem jednak będzie on częściej opisywany przez to jak postrzegają go inni. Już nie on sam jest w centrum, ale na pierwszy plan wysuną się ludzie, którzy jakoś z nim wcześniej współpracowali. Hole - policjant umarł, ale wciąż pozostała legenda, która inspiruje innych. Jaki inny śledczy miał 100% skuteczności w wyjaśnianiu zabójstw?  
 
A tym razem sprawa jaka stoi przed policją jest podwójnie trudna, bo seryjny morderca na swoje ofiary wybrał właśnie policjantów. Jakim cudem udaje mu się ściągać ich w miejsca dawnych niewyjaśnionych morderstw i szlachtować bez pozostawiania żadnych śladów? Czy to kara za nie znalezienie sprawców? Kto może aż tak nienawidzić stróżów prawa? A może to tamten sprawca jeszcze raz próbuje zagrać na nosie policji? Frustracja narasta, naciski polityczne są coraz silniejsze, ale nijak nie posuwa to śledztwa do przodu.
 
Nesbo nie patyczkuje się ze swoimi bohaterami, tu raczej nie ma miejsca na happy end, oklaski i ordery. Nie szczędzi też czytelnikom mało przyjemnych scen (i jeszcze gorszych wyobrażeń) - jest dosadny, brutalny, wulgarny i nie ma zamiaru oszczędzać nam niczego. Zbrodnia zawsze jest czymś potwornym i dla tych, którzy się z nią stykają niezbędne jest pewnego rodzaju oswojenie, czy nawet znieczulenie. Tym razem jednak nawet dla policjantów pewne rzeczy będą trudne do zaakceptowania. 
 
W rozwiązaniu zagadki sprawcy zbrodni według często powtarzanego wcześniej przez Harry'ego Hole zdania, najważniejszy jest motyw. Ale co w sytuacji, gdy czytelnik ma tych motywów i potencjalnych sprawców przed sobą cały tabun?
 
Jest akcja, napięcie, całkiem sporo krzyżujących się wątków, które sprawiają, że zagadka nie jest zbyt prosta do rozstrzygnięcia. I jest mrok. Co ciekawe, u Nesbo ten klimat nie wynika jakoś ze stylu pisania, języka, czy opisów otoczenia, ale raczej z tego jak opisuje on to, co dzieje się w głowach bohaterów. Świat dzieli się na białe i czarne, dobro i zło? Zapomnijcie. Skoro nawet policja zamieszana jest w różne ciemne sprawki, to czy jest szansa na jakąkolwiek sprawiedliwość. A gdy nie widzi się tej szansy, w wielu ludziach rodzi się chęć zemsty tak okrutnej, że spirala zła jedynie się powiększa.

Nieprzyjemnie jest się temu czasem przyglądać.  
 
"There is no dark side in the moon, really. Matter of fact, it's all dark"
 
Emocje przy lekturze gwarantowane!


http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/policja-jo-nesbo-czyli-lubisz-byc.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/policja-jo-nesbo-czyli-lubisz-byc.html

Ile w życiu znaczą książki

Wśród obcych - Walton Jo

Zwykle gdy myśli się o książkach, które zdobywają rozgłos, wiele nagród i to wygrywając z utworami znanych autorów, przychodzi nam do głowy wyobrażenie czegoś porywającego, odkrywczego, a jeżeli mówimy o sci-fi i fantasy to w głowie uruchamiają się od razu przykłady takich wielkich powieści.
Tymczasem skromna powieść Jo Walton (zupełnie chyba u nas nie znanej) wykosiła konkurencję (Hugo, Nebula i inne najważniejsze nagrody) i będąc zaskoczeniem dla każdego fana tej literatury. Nie znajdziecie tu żadnych nowych światów, wspaniałych bohaterów, obcych cywilizacji, żadnej akcji, pytań filozoficznych... I tak można by ciągnąć długo, czego nie znajdziecie. Ale paradoksalnie to i tak książka, którą chyba najlepiej zrozumie właśnie fan literatury fantastycznej (szeroko pojmowanej). Dlaczego? Bo chyba w niewielu
mi znanych powieściach, jest tyle miłości do tego gatunku, tyle pasji. To jak fanzin rozbudowany do powieści o miłości do książek, o dorastaniu i zbudowaniu własnego świata w głowie.

Tak sobie myślę, że nieprzypadkowo w gatunku tym najczęściej rozkochuje się człowiek mając lat naście, budując swoją wyobraźnie, spojrzenie na świat, swoją wrażliwość. I nie ma tym dziecinności, czy ucieczki od świata (choć w pewien sposób ucieczką jest), ale właśnie wrażliwość.
...
Nastoletnia dziewczyna o imieniu Morwenna (w skrócie Mori), wprowadza nas w swój świat, w to co siedzi w jej głowie. Książka jest tak jakby pamiętnikiem, w którym notuje przez ponad rok swoje myśli i uczucia. I co stanowi tu centrum: swoje lektury. Ilość autorów i tytułów jest powalająca i aż żal, że niektóre u nas nie są znane, człowiek miałby ochotę skonfrontować swoje przemyślenia i wrażenie z zapiskami Mori. 
 
Dziewczyna niedawno straciła w wypadku swoją siostrę bliźniaczkę, sama też od tamtej chwili ma jedną nogę niepełnosprawną i porusza się o lasce. Wiemy też, że uciekła od matki, musiała ukrywać się u dalszej rodziny, a po decyzji opieki społecznej trafia pod opiekę nigdy nie widzianego ojca. Przeszłość jest bardzo mglista, tajemnicza i wielokrotnie mamy wrażenie, że Mori coś ukrywa, czekamy aby zdradziła coś więcej, ale ona opisuje różne rzeczy po swojemu: półsłówkami, mieszając realność ze światem magii, w który głęboko wierzy.
Od dawna właśnie w książkach szukała w każdej wolnej chwili wytchnienia, spokoju, zadumy, a gdy trafia do prywatnej szkoły z internatem, staje się jeszcze bardziej samotna. Marzy o tym by kiedyś odnalazła "swoich", czyli ludzi, którzy myślą podobnie, którzy właśnie w książkach znajdują najcudowniejsze chwile swego życia i najważniejsze doświadczenia.  
 
Wróżki i magia mieszają się z jak najbardziej realnymi doświadczeniami i dość zdroworozsądkowymi przemyśleniami (jak na nastolatkę wydaje się bardzo rezolutna) dojrzewającej młodej dziewczyny. Przyjaźń, miłość, tęsknota za bliskimi... To wszystko gdzieś też tu jest. I tylko chciałoby się chwilami, żeby się z tego jakaś akcja wywiązała, żeby do czego to wszystko prowadziło. Tymczasem zakończenie jest jakieś takie trochę na siłę, średnio pasujące. 

...


Nastrojowe. Z pomysłem. Ale to raczej powieść o dorastaniu, przeżywaniu straty i żalu, radzeniu sobie z przeszłością i rodzeniu się nowego etapu w życiu, niż powieść fantasy. Nawet jeżeli pełno tu wróżek i wzgórza Walii mają fajny, mroczny klimat. Ale gdy kochasz powieści z tego nurtu tak jak bohaterka, pewnie i tak się nie oprzesz, żeby to przeczytać.

Dużo trudniej chyba będzie to czytać tym, którzy gatunku nie znają...

Gdy patrzę na inne dziewczęta i ich upodobania czuję, jakbym należała do innego gatunku. Czasem książki jawią mi się jako jedyna rzecz, która czyni życie wartym przeżycia. Jestem pewna, że to nie jest normalne. Bardziej przejmuję się ludźmi w książkach, niż ludźmi, których codziennie widuję. 
...

 

całość tu: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/wsrod-obcych-jo-walton-czyli-ile-w.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/wsrod-obcych-jo-walton-czyli-ile-w.html

Ty się bawisz, a tam płoną stosy

Narrenturm - Andrzej Sapkowski
Najnowszy Wiedźmin już w czytaniu, ale prawdę mówiąc trochę to chyba bardziej sentymentalny powrót, niż rzeczywisty hit tej jesieni. Dużo więcej frajdy mam za słuchania. Doczekałem się wreszcie zakończenia produkcji trzeciego tomu (dzięki http://kolekti.pl/) w wersji audio, zaczynam więc przygodę z całą trylogią husycką w formie słuchowiska. Wrażenie niesamowite! Rzeczywiście nazwanie tego megaprodukcją nie było bezzasadne, bo to chyba pierwsza książka, która zrobiona została w taki sposób: muzyka, efekty dźwiękowe i tło charakterystyczne dla epoki, 112 aktorów... To naprawdę robi wrażenie.

Gdy tylko zamkniesz oczy, natychmiast przenosisz się do XV wieku, na Śląsk - dziwną krainę, która żyje własnymi sprawami, skąd równie blisko do Czech, Niemiec, jak i do stolicy Polski. Różne nacje, grupy społeczne, wierzenia żyją obok siebie, ale jest też wielu takich, którzy jak najszybciej by wprowadzili tu własne "porządki" i oczyścili miasta, wsie z tych, których uważają za niegodnych życia w spokojnym sąsiedztwie. 
Sapkowski stworzył żywą i wciągającą historię przygodową w realiach historycznych i odmalował to wszystko tak, że nawet i Krzyżacy niech się schowają.
...
Zaraz, zaraz, ale ja chyba nie przedstawiłem głównego bohatera. Proszę Państwa - oto Reinmar z Bielawy, zwany też Reynevanem. Adept sztuk medycznych i choć mniej się tym chwali pilny student czarnej i białej magii, miłośnik wdzięków niewieścich (co sprowadza wciąż na niego kłopoty) i niepoprawny idealista (co sprowadza na niego jeszcze większe kłopoty). No bo jak to: starać się być uczciwym, szczerym i pomocnym, w czasach gdy tak naprawdę lepiej myśleć tylko i wyłącznie o własnym interesie. Nic dziwnego, że jak tylko wydawałoby się kończą jego jedne tarapaty, zaraz wpada w jeszcze większe. Od wydawałoby się dość błahego  "nieporozumienia", czyli przyprawienia rogów pewnemu szlachcicowi i ucieczki przed jego braćmi, Reynevan wpląta się w cały szereg skomplikowanych historii - morderstwa, spiski, rabunki, dziwne spotkania, więzienie, a nawet sabat czarownic. Ech, to po prostu trzeba przeczytać. 
 
Świetnie poprowadzona akcja, która prawie nie zwalnia tempa, doskonale zarysowane tło historyczne z prawdziwymi wydarzeniami (dużo mniej wesołe od ich całych perypetii) i postaciami oraz barwne postacie, których jest tu mnóstwo. Sam nie wiem co jest największą siłą tej książki. No i język - dosadny, chwilami wulgarny, ale dobrze oddający klimat i czasów i wydarzeń.
...
Kolejny plus: sporo humoru, a elementów fantasy nie za wiele. Powieść spodoba się więc, nie tylko tym, którzy lubią Sapkowskiego za Wiedźmina. Minus? Może sporo łaciny i archaizmów, które przecież w wersji audio nie są tłumaczone.
 
Wersja audio po prostu kapitalna, żal było przerywać słuchanie choćby na chwilę. Jedyna wada to zbyt długie rozdziały (po godzinie każdy), wystarczyła chwila nieuwagi, niewłaściwy ruch palcem na telefonie i potem kłopot by znaleźć miejsce gdzie byliśmy...

Czytają: Krzysztof Gosztyła (narrator), Maciej Gudowski, Lesław Żurek, Henryk Talar, Krzysztof Wakuliński i inni. Skończę tylko Nesbo i biorę się za drugi tom, bo już zakupiony...


całość tu: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/narrenturm-andrzej-sapkowski-czyli-ty.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/narrenturm-andrzej-sapkowski-czyli-ty.html

Kobiety nie potrafią pisać kryminałów

Testament Nobla - Marklund Liza

Dziś kolejne podejście do kryminałów skandynawskich. Tylu mamy już autorów na naszym rynku, że trudno być ze wszystkim na bieżąco. Ale skoro wokół tyle szumu i wciąż wydaje się kolejne tytuły, to czasem z czystej ciekawości warto sięgnąć. Z Nesbo łyknąłem haczyk, z Lackberg raczej bez zachwytów, a teraz pora na Lizę Marklund. Po spotkaniu autorskim już trochę byłem nastawiony na inne klimaty niż to co znam choćby z Mankella. No i potwierdziło się. Tym samym krótka notka jest nie tylko o książce, ale jest też moim pytaniem do Was:
Czy dostrzegacie różnice w tym jak kryminały piszą kobiety, a jak mężczyźni? Co wam bardziej pasuje?

Przecież to nie jest kwestia tylko i wyłącznie tego, że główną rolę mamy kobiecą. Nie chodzi również o zwracanie większej uwagi na postacie kobiece (a tym samym wpadanie w podobny błąd, o który oskarża się piszących mężczyzn: stereotypowe, pobieżne postacie męskie). Nie potrafię tego określić w 100%, nazwać tego co mi "nie leży", ale po lekturze "Testamentu Nobla" przyszło mi do głowy kilka refleksji.
Nie bardzo rozumiem czemu mają służyć wątki obyczajowo-rodzinne w powieściach kryminalnych pisanych przez kobiety: przecież w kryminale szukamy przede wszystkim czegoś co jest powiązane z zagadką, z akcją. I nie przekonuje mnie argument: "że to przecież prawdziwe życie, w odróżnieniu od tego o czym piszą faceci". Cholera, jakbym chciał czytać o zmywaniu, gotowaniu, odwożeniu dzieci, odrabianiu lekcji, problemach małżeńskich, to bym sięgnął po coś co nie ma etykiety: kryminał.
...

Może jednak stoi za tym geniusz pisarski i pewien autentyzm, który powinienem docenić? Skoro kobiety kreślą swe bohaterki jako kobiety podlegające nieustannym zmiennym emocjom i nastrojom, to może tak po prostu ma być i mam się z tym pogodzić, bo tak to już z nimi jest? Raz silne, potrafią wiele przetrwać, znieść, pozbierać się do kupy i zawalczyć o coś, a zaraz potem siedzą, jęczą, płaczą, użalają się, tęsknią - generalnie same nie wiedzą czego tak naprawdę chcą.
Tylko cholera, jakoś mi takie postacie nie pasują do literatury kryminalnej. Przynajmniej takiej, jaką lubię. Mocnej, mrocznej, intensywnej, gdzie sprawa jest najważniejsza, a nie jakieś wątki poboczne...   

...

Rozpisałem się, a przecież powinienem napisać coś o samej książce, tym bardziej, że jest ona do zdobycia u mnie w konkursie (wtedy sami będziecie mogli się przekonać). Testament Nobla to szósty tom serii o przygodach reporterki Anniki Bengtzon. Zaczyna się od morderstwa na balu z udziałem pary królewskiej i laureatów Nobla, a potem zupełnie inaczej niż u Hitchcocka temperatura akcji i napięcie coraz bardziej maleje (przynajmniej ja to tak odczuwam).

...
Autorka nie tyle miesza tropy, co po prostu ciągnie kilka niezależnie wątków i potem niestety nie bardzo potrafi je połączyć. Są tu i terroryści arabscy, CIA i ich nieformalne działania w innych państwach, jest życiorys Nobla, jest świetnie wyszkolona morderczyni (która na koniec okazuje się kompletnie nie profesjonalna) i przepychanki wokół badań naukowych i nagród. I oczywiście jest bohaterka i jej życie prywatne - temu autorka poświęca chyba równie dużo czasu co i samemu śledztwu i sprawie kryminalnej.

Cóż, może komuś się spodoba. Ja chyba jednak będę ostrożniejszy przy różnych zachwytach i najpierw sprawdzę który tytuł danego autora jest najbardziej polecany. Bo tu niestety okazało się mówiąc bardzo delikatnie: bez rewelacji. Niby czyta się szybko, ale bez specjalnych emocji, a po wielu kryminałach sporo było tu rzeczy, które po prostu były rozczarowaniem. Kryminał bez emocji to jak... 

 

całość recenzji na:
http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/liza-marklund-testament-nobla-czyli-czy.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/11/liza-marklund-testament-nobla-czyli-czy.html

Podróżnicy i 3 żywioły

Pojechane Podróże 2 - Olgierd Budrewicz, Wojciech Jagielski, Zdzisław Jan Ryn, Jacek Hugo-Bader, Elżbieta Dzikowska, Marek Kamiński, Piotr Chmieliński, Janusz Kasza, Romuald Koperski, Piotr Pustelnik

Pamiętacie jeszcze pierwszą książkę przygotowaną przez pasjonatów z Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły? Pisałem o niej tutaj.

Kilka miesięcy temu ukazała się część druga tego cyklu (oby na tym się nie skończyło) - równie ładnie wydana i równie ciekawa. Pomysł jest podobny jak poprzednio - kilkunastostronicowe teksty, fragmenty reportaży, wspomnień podróżników i piękne kolorowe foty. Tyle, że w pierwszym tomie mieliśmy teksty głównie "początkujących", mniej znanych na rynku wydawniczym, a tym razem redaktorzy, czyli Marek Tomalik i Piotr Trybalski postanowili trochę przybliżyć postacie "mistrzów". Tych, którzy od lat inspirowali swymi opowieściami kolejne setki i tysiące słuchaczy i czytelników.
I jest tylko jedno ale...

 

 

Bo przecież czyta się świetnie, nie brak emocji, ciekawostek, humoru, zdjęcia są smakowite, ale niestety (podobnie jak pierwszy tom), po prostu lektura zbyt szybko się kończy. Chciałoby się jeszcze i jeszcze. 
Ale na szczęście w tym przypadku, w większości można sięgnąć po inne publikacje tych autorów, bo jak wspomniałem, tym razem przybliża nam się bardziej znanych gości Festiwalu. Z okazji 10 lat spotkań organizowanych w różnych miejscach Polski wybrano teksty i postacie, które uznano za najciekawsze, najbardziej inspirujące. Mamy więc:
Piotra Chmielińskiego, który wspomina historyczny spływ Amazonką od źródeł do jej ujścia do Oceanu.
Jacka Hugo-Badera – fragmenty reportażu z przejazdu przez wszystkie kraje Azji Środkowej.
 
Wojciecha Jagielskiego - fragmenty reportażu z RPA.
Elżbietę Dzikowską, która w tekście „Vilcabamba – ostatnia stolica Inków”wspomina jedną z najważniejszych wypraw polskich odkrywców.
Marek Kamiński w dość osobistym tekście próbuje ukazać swoją filozofię życia, opisując podróże do najbardziej odludnych miejsc naszego globu (to jeden z ciekawszych tekstów).
A także: Olgierda Budrewicza (relacja z podróży na wyspę Yap na Pacyfiku - również fragment wybrany z innej publikacji), Piotra Pustelnika w tekście „Być jak Mallory!”, zabawną relację Romualda Koperskiego z ekspedycji samochodowej do krainy Czukczów, profesora Zdzisława Jana Ryna, który ciekawie pisze o historii i dniu dzisiejszym Wysp Wielkanocnych i Janusza Kaszę, który jest zapalonym motocyklistą i pisze o fenomenie (szczególnie amerykańskim) klubów dla miłośników jednośladów.
Jak widać i w tym tomie znalazło się trochę bardziej współczesnych szalonych wypraw i nie mniej ciekawych relacji.

 

To nie przewodnik, choć nie brak tu ciekawostek z różnych stron kuli ziemskiej. Prawdziwy podróżnik szuka przecież własnych ścieżek, chce przeżyć coś co pozwoli mu doświadczyć danego miejsca, danej kultury i danej chwili, jak najpełniej. Niepowtarzalnie. Następna wizyta w tym samym miejscu już będzie inna. A ich pewnie będzie już gnało do innych ludzi, do innych krajów.
Dobrze, że są tacy pozytywni wariaci, takie wolne duchy, bo przecież w swoich relacjach przybliżają nam czasem miejsca, do których jedynie garstka może dotrzeć. Ale jest jeszcze coś. Pokazują, że to możliwe. I tym samym inspirują kolejnych ludzi do ich poszukiwań, do wyruszenia na wędrówkę.
Nie utartymi ścieżkami.


Jak dla mnie tom pierwszy chyba ciut ciekawszy, bo to wyprawy i trasy mniej znane, zaskakujące, ale w tym drugim znajdziemy za to nie tylko różnorodność, ale teksty mam wrażenie na lepszym poziomie literackim.
Więcej informacji, zdjęć i możliwość zamówienia książki tutaj!

Kobiety w projekcie Manhattan

Dziewczyny atomowe - Denise Kiernan, Mariusz Gądek

Recenzji "Dziewczyn..." już sporo, ale naprawdę rzecz jest warta zainteresowania - to umiejętne połączenie małej i dużej historii. Opisanie wielkich wydarzeń poprzez relacje i świadectwa pojedynczych osób, sprawia, że nawet spore nagromadzenie informacji nie przeszkadza, a czytelnik na tyle zdąży polubić bohaterów, że czeka na ciąg dalszy ich losów. 

Dołączam się więc i ja do poleceń tej pozycji. A jeżeli ktoś jeszcze jej nie czytał, albo chce mieć ją na własność, uprzejmie informuję iż dorzucam ją do pakietu na listopad, a więc warto będzie do mnie zaglądać z początkiem miesiąca (http://notatnikkulturalny.blogspot.com). 
Projekt Manhattan. Ta nazwa, nawet jeżeli nie interesowaliśmy się historią, pewnie gdzieś "obiła nam się o uszy". Stany Zjednoczone nie były jedyny krajem, który prowadził badania nad rozszczepieniem atomów i możliwością wykorzystania tego procesu jako broni w wojnie. To był wyścig z czasem, bo przecież mogli ich ubiec np. Niemcy, czy Japończycy. Stąd też nie tylko grube miliony dolarów wydawane na badanie i przygotowanie bomby, ale i ogromna tajność tego projektu. Gdyby się dobrze zastanowić, to chyba te kulisy projektu, nacisk na zachowanie tajemnicy, co przy tak złożonym procesie angażującym tysiące ludzi nie było łatwe, były tu najciekawsze.
Autorka nie tylko przekopała się przez różne dokumenty, archiwa, fotografie, ale dotarła do świadków tamtych wydarzeń - dzięki ich relacjom, te opisy budowy zakładów, w których wzbogacano uran oraz całego zamkniętego miasta wokół nich, nabierają życia i barw. Czytamy nie tylko o pracy, o różnych utrudnieniach wynikających z tajności projektu, ale też o codziennym życiu, rozrywkach, zakupach itd. Oak Ridge oficjalnie na mapach nie istniało, ale w szczytowym okresie mieszkało tam koło 75 000 ludzi! Wojsko nie miało takich możliwości by obsadzić zakłady jedynie własnymi siłami, brakowało mężczyzn do pracy, stąd też naturalne, że ściągano tam cywilów, w dużej mierze młode kobiety bez rodzin, które mogły całkowicie poświęcić się pracy.
Gdy jednak ściągasz cywilów, a w dodatku kobiety, nie możesz ich traktować jako więźniów, nie wystarczy zadbać o dach nad głową, czy też wyżywienie. To nie są roboty, które nie muszą wiedzieć czemu służy ich praca, a po swojej dniówce mają siedzieć i odpoczywać - w sposób niezamierzony przy okazji realizacji projektu Manhattan dokonał się ciekawy eksperyment socjologiczny. Wspomnienia kobiet pracujących przy projekcie (nie tylko w laboratoriach, ale również w halach produkcyjnych, albo jako sprzątaczki) fajnie pokazują te spięcia między wojskiem koordynującym projekt i potrzebami cywilów. To odkrywanie fenomenu zamkniętego miasta, którego istnienie miało pozostać tajemnicą, a jednocześnie jego mieszkańcy walczyli o prawo do normalnego życie, naprawdę mnie wciągnęło na równi z opisywanym procesem powstawania bomby. O ile szczegóły techniczne były dla mnie ciut nużące, to te wszystkie anegdoty, ciekawostki z życia mieszkańców Oak Ridge sprawiały, że książka mimo grubości dała się pochłonąć bardzo szybko.

Trzeba wiedzieć z kim, gdzie i jak

Ja, My, Oni. Teresa Torańska w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską - Małgorzata Purzyńska

Tym razem to Teresa Torańska jest odpytywana. Ale wszyscy ci, którzy lubili czytać jej rozmowy, myślę, że odnajdą tu równie dużo ciekawych smaczków, podobnie jak w wywiadach prowadzonych przez nią. Jak pewnie część z Was się już spostrzegła jest to jedna z trzech książek w pakiecie do rozdania w tym miesiącu - jeżeli więc tylko jesteście nią zainteresowani, to wiecie co robić?

 
Dziennikarka dużo młodsza od Torańskiej, podpytuje ją nie tylko o tajniki jej pracy, o różne ciekawostki dotyczące najsłynniejszych rozmówców (np. Jaruzelskiego, Urbana, byłych komunistów, słynnych opozycjonistów), ale również o jej drogę do dziennikarstwa i do reportażu. Sporo jest więc smaczków na temat rzeczywistości PRL-owskiej, o rozważań o tym czy warto wojować z cenzurą, o granicach obiektywności, o tym jak szukać tematu.
U Torańskiej zawsze podobało mi się to, że czytając jej rozmowy, czuło się ich klimat, czuło się, że to nie jest sztywny układ pytanie-unik, ale dialog. Ona jak mało kto potrafiła słuchać, wyciągać różne rzeczy ze słuchaczy, ale nie chamsko atakując, ale doprowadzając do sytuacji, że sami chcieli o pewnych rzeczach opowiedzieć. Dopiero z tej małej książeczki dowiedziałem ile się ją to czasem kosztowało i czasu i pracy (czasem jeden wywiad na papierze do kilkukrotne spotkania w realu, długie tygodnie pracy nad tekstem i ponowne prośby o spotkanie, bo trzeba o coś dopytać...
 
"Rozmowa to nie jest tylko biografia – mówi Torańska. – Musi o coś w niej chodzić. Trzeba w niej przekazać po pierwsze coś współczesnego, co dotyka i interesuje ludzi, a po drugie, jakiś problem. To musi być o czymś, co daje czytelnikowi do pomyślenia. Nie interesuje mnie opisywactwo".
 
W czasach gdy coraz częściej w wywiadach czytanych lub oglądanych, łapiesz się na tym, że nie znajdujesz  nic interesującego, że nie tylko prowadzący nie potrafił się przygotować do rozmowy, ale jeszcze sam stawia się w jej centrum, warto wracać do tekstów napisanych przez tych, którzy rozumieli jak rozmawiać. I jak tą rozmowę przedstawić, by była ciekawa, skłaniała do refleksji.
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/10/ja-my-oni-teresa-toranska-w-rozmowie-z.html

Jestem wstrząśnięty

Tajemnica medalionu - Joanna Svensson
Joanna Svensson, Polka mieszkająca od wielu lat na emigracji, i jej debiut literacki, który mną nieźle wstrząsnął. Autorka załapała się na promocję Instytutu Książki, jeździ na spotkania autorskie, jeszcze brakuje tylko żeby ogłoszono tę powieść hitem tej jesieni. Nie wiem, może nie jestem targetem dla tej Pani, ale aż mam ochotę pójść na spotkanie i zadać jej pytanie: kto u diabła powiedział jej, że potrafi pisać powieści?
 
Już dawno tak nie męczyłem się nad żadnym tytułem. Nie dlatego, że to tekst tak złożony, pełen ukrytych znaczeń, symboli, ale wręcz odwrotnie - jest to napisane tak prostym językiem i tak zbudowane, że co pół strony masz ochotę odłożyć to na bok i nigdy nie wracać. Może kierował mną masochizm, może solidarność wobec DKK, które zaprosiło nas do czytania tej powieści - grunt, że dotrwałem do końca. Ale wciąż nie mogę się nadziwić: po co pisać takie książki i kto to czyta? Znajoma powiedziała mi: jak przetrwasz 100 stron, to się trochę coś ruszy. No rzeczywiście "coś" się ruszyło, ale dużo lepiej nie było.
 
Generalny zarzut to kompletny brak umiejętności napisania tego co siedzi w głowie, przelania na papier tych historii, które wierzę, że autorka ma do opowiedzenia. Wydawało jej się, że można to zrobić ot tak po prostu - pisząc o swoim codziennym dniu, o bliskich, znajomych, o normalnych czynnościach, a te opowieści wplatać gdzieś przy okazji w dialogi. Brak połączenia poszczególnych elementów, ich pogłębienia, a w dodatku wiele z tych scen na papierze jest po prostu sztuczna. Efekt? Nie mam przed sobą egzemplarza, ale spróbuję oddać sens. Wyobraźmy sobie taką scenę: kilka osób siada przy stole do obiadu i pojawiają się dialogi.
- Jak się cieszę, że przyszliście. Tak dawno się nie widzieliśmy.
- My też się cieszymy. Ostatni raz chyba jeszcze na wiosnę. Pamiętam, że pływaliśmy wtedy w morzu.
- Tak pamiętam. Było cudownie.
- To pyszna szarlotka.
- Sama robiłam z jabłek z naszego ogrodu.
- Czemu się zamyśliłaś?
- Gdy tak patrzę na ten zachód słońca za oknem, przypomina mi się inne popołudnie, w domu mojego dzieciństwa w Polsce, gdy babcia... (i tu jakaś historia na pół strony).
- Piękna historia mamo. 
- Oh. To już trzecia w nocy? Zagadaliśmy się. Ale tak miło się z Wami rozmawia.
 
I w tym stylu, można powiedzieć, prawie cały czas.
...
Jest trochę o życiu rodzinnym, troszkę o podróżach, trochę odwołań do historii, ale nie spodziewajcie się nic specjalnie głębokiego, dużo w tym sztuczności. No chyba, że wielki sens odnajdujecie nawet w takich ogólnikach jak: dzisiejsza Polska już nie jest taka sama, ludziom żyje się lepiej i dostatniej.

Czy słyszycie moje zgrzytanie zębami?
...

Wiem, wiem, że w sieci jest już sporo recenzji pozytywnych tej powieści. I nie mam zamiaru nikogo oskarżać ani o zły gust, ani o podlizywanie się wydawcy. To jest tylko moje zdanie. Ale czytałem już sporo, nie unikam też powieści tzw. "babskich" i rzadko kiedy trafiałem na coś tak niedopracowanego.

 

Całość recenzji tu: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/10/tajemnica-medalionu-joanna-svensson.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/10/tajemnica-medalionu-joanna-svensson.html

Banalnie nie będzie...

Trociny - Varga Krzysztof

„W dniu, w którym umarła Amy Winehouse, miałem potężną biegunkę”

Już pierwsze zdanie tej powieści zapowiada, że banalnie nie będzie. 
I nie jest.
 
Jest ostro. Chwilami bardzo celnie. Wulgarnie. I z pomysłem.
 
Ta powieść jednocześnie odpycha, zniechęca i wciąga jak najlepszy thriller. 
 
Nie, nie dlatego, że te potoki jadu i frustracji są jakąś fascynującą lekturą. Drażnią jak cholera. Ale z jednej strony z niektórymi fragmentami nawet bym się zgodził, a z drugiej strony ciekawość budzi też to dokąd ten monolog zaprowadzi, jaką diagnozę przed naszymi oczyma chce postawić autor? Kto tu jest chory?
 
Niektórzy twierdzą, że to książka zabawna, porównują ją do "Dnia świra". Nawet jeżeli pewne obserwacje i ostrość spojrzenia i ironia jest podobna, w powieści jednak niewiele rzeczy jest zabawnych. To dość porażająca refleksja na temat naszego kraju. Bolesna nie tylko ze względu na to jakie sprawy opisuje bohater powieści, ale również ze względu na niego samego, na to jak myśli o swoim życiu, o sobie, swoim otoczeniu, irytujących sprawach codzienności. W tym monologu czujemy bezsens, gorycz, narzekanie, złość i sarkazm wobec wszystkiego na co by się nie spojrzało, czego by się nie dotknęło. 
 
Krzysztof Varga stwierdził w jakimś wywiadzie, że tematem książki uczynił esencję polskości. I tylko od nas zależy ocena, co w tej "polskości" zobaczymy. Czy konsumpcjonizm, prymitywizm, hipokryzję, chamstwo, pustą religijność, mnóstwo głupich przyzwyczajeń, tradycji, czy też tą niechęć do wszystkich, wieczne niezadowolenie z życia, które reprezentuje bohater. On nie lubi nikogo. Nawet siebie.   
 
Fabuła tu nie jest najważniejsza, choć pewnie wiele osób będzie zaskoczonych finałem powieści. Ważny jest bohater - taki typ everymana, komiwojażer w średnim wieku, bez własnej rodziny, bez domu do którego chciałby wracać. Bohater i jego monolog. To książka bez żadnych dialogów, a tekst leje się bez żadnych przerw przez kolejne stronice, co pewnie nie ułatwi lektury wielu osobom.
 
Ale moim zdaniem warto. Jak cholera warto. To jedna z ciekawszych rzeczy jakie czytałem w  tym roku i chyba najlepsza z naszej literatury krajowej. Niewesołe, może przerysowane, ale dotyka bardzo współczesnych spraw, tego co czasem wielu z nas przychodzi do głowy. 
 
To literatura angażująca i intelekt i emocje (choćby w sensie negatywnym). Soczysta. I choć nihilistyczna, to (może dlatego, że przekroczyłem też pewien wiek, który postrzegany jest jako granica dojrzałości) dająca do myślenia i świeża. Może kogoś oduczy narzekania? :) Bo w tej dawce jaką nam funduje autor to naprawdę nie do zniesienia!
Nie wiem czy sięgnę szybko po inne rzeczy pana Krzysztofa, ale wzbudził moją ciekawość.  
A jak będę kiedyś chciał ją sobie powtórzyć, to chyba sięgnę po wersję audio - podobno w interpretacji Arkadiusza Jakubika jest świetna.    

Tekst opublikowany wcześniej tu:
http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/trociny-krzysztof-varga-czyli-banalnie.html

tam też recenzje filmów :)

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/trociny-krzysztof-varga-czyli-banalnie.html

Kimże jest człowiek

Solaris - Stanisław Lem

O filmie amerykańskim już pisałem, na radziecki jeszcze poluję, ale może choć kilka słów o samej powieści? Muszę przyznać, że nie jest to łatwa lektura. Może dlatego, że podszedłem do niej trochę zadaniowo i "na szybko", czyli w 3 dni, sprawiła mi spory problem. Miałem przyjemność z czytania i wydaje mi się, że wychwytuję to o co chodziło autorowi, ale mam wrażenie, że to samo udało się zawrzeć w trochę bardziej zwięzłej formie w Niezwyciężonym. Tu trochę za dużo jest kombinowania. Namęczyłem się trochę - szczególnie z Solarystyką i opisami Oceanu. 

A może to jest powieść do które trzeba podejść na spokojnie, bez pośpiechu?

 

Zarys fabuły zrobiłem już troszkę przy okazji filmu, ale warto dodać, że powieść jest 10 razy bogatsza w różne przemyślenia niż tamta produkcja. O ile tam reżyser skupił się głównie na relacjach psychicznych ludzi z ich "gośćmi", czyli tworami z ich podświadomości, wspomnień, o tyle dla Lema mam wrażenie dużo ciekawsza była sama planeta, która owych gości stwarzała. Po raz kolejny Lem wraca do prób ludzkości nawiązania kontaktu z obcą formą inteligencji, zrozumienia jej. I po raz kolejny wraca gorzka refleksja, że jesteśmy zbyt mali, by pojąć ogrom wszechświata, jego złożoność, że wciąż myślimy według swoich wyobrażeń, swoimi wąskimi kryteriami. Nie rozumiem, nie potrafię wytłumaczyć, no to może lepiej zniszczyć? 
Po co w takim razie w ogóle pchamy się w kosmos, czego tam szukamy, skoro i tak samych siebie uważamy za pępek wszechświata, a swoje osiągnięcia przykładamy jako miarę do tego co tam napotkamy? 
Tu nie tylko ważna jest rosnąca więź z tymi dziwnymi fantomami, ale zmaganie się postawy badacza, który chce rozgryźć naturę tego zjawiska, z wręcz fizycznym cierpieniem, gdy skazujesz na niebyt (być może nie raz) kogoś/coś co kochasz...
No i to zakończenie. Jakże inne od tego co w filmie zafundowali Amerykanie. I jakże wieloznaczne.
...
Lem nazywany jest pisarzem Sci-Fi i jego powieści traktowane są jako bardzo hermetyczne i czytelne tylko dla ludzi z wykształceniem technicznym. Nic bardziej mylnego. Im więcej się go czyta, tym bardziej widzi się w nim filozofa, stawiającego ważne pytania i zmuszającego do refleksji nad kondycją ludzkości. Dekoracje futurystyczne sprawiają jedynie to, że ta proza wciąż może być aktualna i czytana.
 
Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.
Całość na:
http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/solaris-stanisaw-lem-czyli-kimze-jest.html
 
 
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/solaris-stanisaw-lem-czyli-kimze-jest.html

Urok chwili, nieuchronność przeznaczenia

Obok Julii - Eustachy Rylski

Dużo na temat "Obok Julii" zachwytów, ale mimo że dobrnąłem do końca (a znam osoby, które nie dały rady), to jakoś trudno mi podpisać się po takimi opiniami. Mam w tym przypadku trochę tak jak z Madame Libery. Dostrzegam piękno języka, kunszt budowania historii, doceniam klimat, interesują mnie postacie i poszczególne sceny, ale jakoś nie składa mi się to wszystko w sensowną całość, którą mógłbym uznać za przekonywującą. Zbyt wiele we mnie jest też wrażenia, że więcej jest w tym popisywania się i zabawy formą niż treści (popisywania nie w sensie szczeniackim, ale takiego samozadowolenia człowieka dojrzałego, że ma pomysł by coś zapisać w sposób szczególnie oryginalny, by piętrzyć przenośnie, porównania, aż czytelnik jęknie z zachwytu nad głębią tego co zostało napisane). Powiecie żem niedojrzały? Trudno. Udawać nie mam zamiaru - to nie jest dla mnie powieść, do której bym chciał wracać, która by zrobiła jakieś wyjątkowe wrażenie.
...

To książka może nie tyle autobiograficzna (bo sam autor też tego nie potwierdza), ale zbudowana z okruchów wspomnień, na tyle wyraźnych i szczegółowych, że aż trudno uwierzyć iż nie mają one nic wspólnego z jakimiś własnymi doświadczeniami (mówię szczególnie o mało miasteczkowym klimacie lat 60-tych). Co ciekawe - te czasem nieuchwytne wrażenie, chwile, wypowiedziane zdania i doświadczenia, wydają się wysuwać na pierwszy plan nawet przed główny wątek, czyli postać tytułowej Julii. Ta postać fascynującej kobiety i nauczycielki, jest dla głównego bohatera (Jan Ruczaj) bardzo ważna, ale prawdę mówiąc trudno rozgryźć czytelnikowi dlaczego.
...
Do tego wątku,który przypominał trochę Madame (ale jest dużo bardziej toksyczny i jednak obie książki mają inną narrację), można by dodać jeszcze szczyptę fascynacji Hemingwayem, brawury młodzieńczej, awanturniczo-nihilistyczny klimat jak z Hłaski, mit "męskości", dojrzewanie i cyniczne eksperymentowanie z własnymi możliwościami, no i ogromną dozę nostalgii. Bo mimo, że w dużej części książka opowiada o środowisku młodych ludzi, jest to opowieść człowieka dojrzałego, ba! powiedziałbym nawet u kresu życia, który oglądając się wstecz snuje swoje wspomnienia. Stąd też we wszystkich wydarzeniach już czai się jakiś cień przyszłości, lęk, przegrana, która ma nadejść, lub wygrana, która jest tylko pozornym zwycięstwem. 
...

Rylski pisze pięknym językiem, ale czasem przebrnąć przez te wszystkie skojarzenia, rozbudowane zdania, dygresje i wtrącane refleksje, powracające dziwne sceny (np. z domu rodzinnego), które trudno nam połączyć z innymi wydarzeniami, jakąś dziwną melancholię. Tu nie tyle fabuła jest najważniejsza, ale to wszystko co dzieje się w głowie bohatera, jak postrzega on swoje otoczenie, jakie ma wartości i cele. A w tle kawałek historii naszego kraju...

 
Proza refleksyjna, niebanalna z dziwnie sennym klimatem. Sięgnąć warto, ale z góry warto uprzedzić, że nie każdy w tym się odnajdzie.
...

Więcej tu:

http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/obok-julii-eustachy-rylski-czyli-urok.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/obok-julii-eustachy-rylski-czyli-urok.html

Całe to zło wokół nas

Ciemno, prawie noc - Joanna Bator
O "Ciemno, prawie noc", mimo, że lekturę skończyłem już dość dawno (kolejna pozycja przeczytana na smartphonie dzięki Legimi) jakoś nie mogłem się zebrać by napisać. Ta książka z jednej strony ma w sobie coś oryginalnego, czyta się na pewno dobrze, ale muszę przyznać też, że drażni jak cholera. Chodzi mi zarówno o pewne rozwiązania językowe, jak i pewne smaczki w opisie rzeczywistości, w tym jak autorka postrzega i pokazuje rzeczywistość. Wałbrzych (ha! wspominałem o tym już przy Sztuczkach) przytłacza nie tylko biedą w infrastrukturze, ale przede wszystkim nędzą mentalną większości mieszkańców. Po Tokarczuk (i Varga ma podobnie) kolejny współczesny autor (-ka), który Polaków (szczególnie tych z prowincji) postrzega jako prymitywne, chamskie, zabobonne (oczywiście katolicyzm opisywany prześmiewczo) postacie, które nie mają żadnych wyższych uczuć. Bo te może mieć tylko ktoś taki jak główna bohaterka - wrażliwa na krzywdę i troskliwa (szczególnie dla zwierząt), może i zamknięta w sobie, ale domyślamy się, że to dzięki temu, że została zraniona. Ona jest lepsza, bo przynajmniej swym egoizmem nie krzywdzi innych. Woli być sama.  

 

Ale oto los popycha ją do powrotu do miasta i do domu rodzinnego. Pisząc artykuł o tajemniczych zaginięciach dzieci, będzie miała też okazję dotknąć własnej przeszłości, odkryć pewne tajemnice. Mamy więc i dramatyczne (i traumatyczne) historie rodzinne, dziennikarskie śledztwo, ale znalazło się też miejsce w tym wszystkim i na odrobinę romansu (wreszcie pozwoli sobie na bliskość?), dotknięcie trudnej historii tamtego regionu (czas drugiej wojny światowej i to co się działo po jej zakończeniu) oraz duuużą dawkę "społecznych" obserwacji. Piszę w cudzysłowie, bo mimo celności pewnych fragmentów, przy dużej dawce natężenia (po jaką cholerę kilkukrotne powtarzanie kilkustronnych bluzgów z forów internetowych?) i pewnym przerysowaniu (domniemane objawienia lokalnego cudaka, handel relikwiami) staje się to nie tylko coraz mniej realne, ale i nudne. Pierwsze sceny z pociągu i uchwycenie pewnego specyficznego słowo i myślotoku przeciętnego człowieka, skaczącego bez ładu i składu od jednego skojarzenia do drugiego jeszcze bardziej absurdalnego były świetne, ale ilu bohaterom można to wkładać w usta? "Normalnych" jest tylko kilkoro ludzi w otoczeniu bohaterki i o podobnych poglądach, a cała reszta jest nie tylko głupia, infantylna, ale i zepsuta do cna. Ot ciekawe spojrzenie na rzeczywistość.
...
Zbyt wiele w tych wizjach już nie tylko ironii, ale po prostu groteski i sztuczności, co raczej słabo koresponduje z klimatem innych, bardziej osobistych wątków, które choć czasem jakby widziane przez mgłę, są cholernie realistyczne (i moim zdaniem są najmocniejszym punktem tej książki). Chyba autorka nie dostrzega, że równie wiele szaleństwa jest w fanatykach religijnych, jak i w tych, którzy chcą przed nimi nasz kraj obronić.
  
Chyba trochę tego wszystkiego jak dla mnie za dużo. Ciekawa, mroczna powieść, ale moim zdaniem po prostu "przeszarżowana". Długo by można pisać o różnych jej niuansach, poszczególnych scenach i wątkach, bo jest ich tyle, że można by z nich zbudować nawet kilka powieści, a nie jedną. Ale to raczej temat na dyskusję w realu o książce, a nie jej analizowanie na blogu.
 
Różnie tą powieść się definiuje - thriller, kryminał metafizyczny, mroczna baśń, dramat o traumach dzieciństwa (bo współcześnie też ofiarami są dzieci), ale tak naprawdę Joanna Bator wykorzystała różne gatunki i style, by stworzyć rzecz mocną, wyrazistą. Ale czy spójną i przekonującą? To musicie rozstrzygnąć sami.

...

Więcej tu:

http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/ciemno-prawie-noc-joanna-bator-czyli.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/ciemno-prawie-noc-joanna-bator-czyli.html

Homo sowietikus

W rajskiej dolinie wśród zielska - Jacek Hugo-Bader
Książka Hugo Badera została wybrana jako lektura na DKK i wzbudziła całkiem pozytywne reakcje. Ale oprócz rozmowy o poszczególnych reportażach z tego zbioru i tego które zrobiły na nas największe wrażenie, zeszło nam trochę na temat subiektywności takiej formy pisania. Traktujemy je jako dokument, świadectwo prawdy o czasach, miejscach, ludziach. Ale to jest nie tylko skażone osobowością, możliwościami autora (gdzie uda mu się dotrzeć) i jego poglądami. Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz: reportaż mam wrażenie skłania do tego by szukać czegoś kontrowersyjnego, ciekawego, skupia się na jakimś wycinku (np. bolesnym, trudnym), a my czytając myślimy sobie, że ten wycinek jest w jakiś sposób reprezentatywny dla społeczności, dla kraju. Zadajemy sobie pytania: jak to możliwe? Czemu takie rzeczy się dzieją?

Książka Hugo Badera zbierająca jego reportaże z terenu byłego Związku Radzieckiego przypomina mi inną lekturę sprzed roku - Gottland Mariusza Szczygła. I tu i tam historia przeplatała się ze współczesnością, obie książki są próbą uchwycenia doświadczeń i sposobu myślenia pewnej społeczności. Czemu ludzie godzą się na pewne rzeczy, nawet jeżeli wiedzą, że to złe, czemu angażują się (np. w wojnę, w budowę jakiegoś imperium) w jakąś sprawę przymykając oczy na wszelkie dylematy, wypierając je... Ale ciekawa rzecz. O ile Mariusz Szczygieł zawsze fascynuje mnie tym jak potrafi słuchać i w jego tekstach czuć, że podąża za słuchaczem, nawet czasem sam sprawia wrażenie jakby nie wiedział dokąd go zaprowadzi jakieś spotkanie, tak przy lekturze reportaży Hugo Badera i opisu jego spotkań, miałem wrażenie, że często miał już gotowy pomysł i tylko szukał potwierdzenie swych hipotez. On nie chce słuchać tego co mają mu do powiedzenia jego rozmówcy, ale jedynie skonfrontować ich ze swymi pytaniami. O wojnę, o ofiary socjalizmu, o tęsknotę za dawnym, silnym państwem (bo teraz bieda, samowola i niesprawiedliwość).
   
Chyba wszystkie teksty były drukowane w Gazecie Wyborczej i to jeszcze w latach 90-tych, więc jest to spojrzenie na Rosję (i kraje byłego ZSRR) ciekawe, ale już mam wrażenie dość odległe od tego jak to wygląda współcześnie.
...
 
Hugo Bader pisząc o współczesności stawia nam przed oczyma głównie smutne obrazy ludzi nie radzących sobie w życiu, lub ponoszących ogromne koszty, by jakoś funkcjonować. Stąd i niewesołe refleksje w nas po lekturze tej książki. Mafia, łapówkarstwo, kombinacje, żebracy, pijaństwo, narkotyki, przemoc, bieda, brak solidarności, rozczarowanie rządami, reformami i zagubienie. Co się dziwić, że w takim zestawieniu przeszłość jawi się wielu bohaterom tych reportaży jako raj na ziemi?     
 
Zdecydowanie warto przeczytać. Nawet jeżeli trochę już się zdezaktualizowało, jest nierówne (bo też to tylko zbiór, który łączy kraj, a nie temat) i czasem drażni zbyt dużym podkreślaniem własnej osoby autora w reportażach. Bo pomaga trochę zrozumieć tamtą rzeczywistość i mentalność mieszkańców dawnego wielkiego imperium.
   
Ale za nadużywanie (ile to razy?) "oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń" po prostu duża krecha.

Więcej tu:

http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/w-rajskiej-dolinie-wsrod-zielska-jacek.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/w-rajskiej-dolinie-wsrod-zielska-jacek.html

Jak tu się obyć bez...

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn - Canon James
Kto czytał Marqueza i dał się zauroczyć realizmowi magicznemu, ten pewnie dobrze się będzie bawił przy lekturze tego debiutu kolumbijskiego pisarza. Pomysł zaiste ciekawy i mocno daje po głowie - rozdziały, w których poznajemy historię "miasta wdów" przeplatają się z bardzo suchymi, jakby jedynie uchwyconymi w migawce relacjami z tego co przeżywali w tym samym czasie w różnych częściach kraju mężczyźni. Morderstwa, egzekucje, dezercje, cały chaos i głupotę walk, których celu nawet walczący nie rozumieją widać jak na dłoni. Prostych ludzi nie obchodzi specjalnie wojna - i partyzanci twierdząc, że walczą w sprawie ludu, i wojsko, które twierdzi, że go broni, potrafią być równie okrutni i żądać abyś z karabinem walczył po ich stronie.
Tak też się stało w małym miasteczku Mariquita. Wszyscy mężczyźni albo zostali rozstrzelani, albo zabrani przez partyzantów, a w wiosce oprócz kobiet został tylko ksiądz i nastoletni chłopak, przebrany przez swoją matkę za kobietę. Miasto powoli popada w ruinę, znikąd nie widać żadnej pomocy, wiele wdów straciło chęci do życia, głód popycha je do coraz bardziej dramatycznych zachowań. Nie wszystkie jednak zupełnie się poddają. Jedna z nich - Rosalba, nie tylko postanawia zająć stanowisko burmistrza, ale i doprowadzić do tego by miasto było wzorcowe. Rewolucyjne zmiany wprowadzane przez kobiety nie zawsze może wydają nam się logiczne (np. mierzenie czasu), ale wszystkie mają za zadanie wprowadzenie w społeczność większego porządku. Trzeba zająć się nie tylko takimi sprawami jak podział pracy, obowiązków, dystrybucją dóbr, ale i sprawami dotykającymi obyczajowości... Tak, tak. Może budowanie takie utopijnej harmonii z kobietami jest dużo łatwiejsze niż z mężczyznami, to jednak nie znaczy, że wszystko idzie jak po maśle.

 

...
Niby o trudnych sprawach, ale poprzez wykorzystanie elementów humoru, opisywaniu codziennych przepychanek, czy wchodzeniu w opisywanie różnych wymiarów życia erotycznego, autor nadaje temu trochę lżejszy wymiar. Całość nabiera trochę magicznego wyrazu i choć to prawdziwi ludzie i prawdziwe emocje, my jednak zachowujemy do nich spory dystans. Może zabrakło mi trochę więcej prawdopodobieństwa, drażniła w niektórych historiach zbytnia frywolność (jakby to była podstawowa potrzeba), ale tak czy inaczej historia nie banalna i dobrze napisana.
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/opowiesci-z-miasta-wdow-i-kroniki-z.html

Gdy facet czyta coś "babskiego"

Cukiernia pod Amorem. Tom 1. Zajezierscy - Gutowska-Adamczyk Małgorzata

No i tak. Tyle się słuchało na temat tego cyklu, zerkało na blogach na recenzje różnych znajomych blogerek, że jak trafiła się okazja na akcji wymiankowej w naszej bibliotece,to chwyciłem i mam.

Nie dziwcie się, że dorosły facet czyta coś "babskiego" - tak już mam od dzieciństwa, że unikałem stereotypowych podziałów na to co dla chłopców i "tylko dla dziewcząt" (czyli np. całkiem przyjemnie czytało mi się Anię z Zielonego Wzgórza). Oczywiście nie ukrywam, że czasem różne rzeczy mnie w powieściach pisanych przez kobiety i dla kobiet drażnią, śmieszą lub nudzą, ale co ja na to poradzę, że ciekawość i tak wygrywa. Sięgam, by zobaczyć co też takiego w tym "fenomenalnego". Kolejna książka tej autorki już święci triumfy w księgarniach, ale póki co zaczynam trylogię "cukiernianą". No tak - od razu trzeba uprzedzić, że to tom pierwszy i jak już się zacznie...

 

W grubym tomisku współczesność przeplata się z przeszłością, postaci tyle, że chwilami można się pogubić, akcji prawie za gorsz, ale za to emocji co nie miara. Miłość, zazdrość, zdrada, szczęśliwe i mniej szczęśliwe małżeństwa, tęsknoty, marzenia, żale, wspomnienia, oj co tylko sobie zechcecie wyobrazić z katalogu różnych odruchów pochodzących bardziej z serca niż z głowy, to tu znajdziecie. I to jest pewnie siła tej powieści. 
Fabuła to całkiem zgrabnie zarysowane wątki dotyczące różnych postaci połączonych koligacjami rodzinnymi, miejscem (Gutów) i czasami w jakich przyszło im żyć. Od zaborów i wieku XIX, aż po współczesność, ale więcej tu życia prywatnego niż historii. Pojawiają się jakieś rodzinne i prywatne tajemnice, sekrety i historie, wspomnienia przekazywane z pokolenia na pokolenie. To jak różnokolorowa włóczka, z której autorka wyplata jakiś wzór. To co przeżywają właściciele cukierni pod Amorem - młodziutka Iga, jej ojciec i babka, która po wylewie zmuszona jest teraz do bezczynności i wspomnień - nie łączy się w wyraźny sposób z wydarzeniami przeszłości. Możemy się domyślać jedynie, że pewnym elementem łączącym będzie pewien pierścień, który kiedyś należał do ich rodziny, a który ma bardzo długą historię. I to chyba jedyna rzecz, która mnie mocno wkurzyła - zakończenie...

Mimo sporej objętości czyta się błyskawicznie. Ale czy jest w tym coś wyjątkowego? Chyba wolę jednak powieści historyczne gdzie więcej jest tła, prawdziwych wydarzeń, konfliktów - ludzie dawniej nie żyli przecież jedynie plotkami, sprawami najbliższych i pilnowaniem służby. Tu tego ciut brakuje... Saga rodzinna powinna być mocniej osadzona w pewnej określonej rzeczywistości, czasach - nie wystarczy rzucić kilku nazwisk bohemy krakowskiej, czy wspomnieć o powstaniu.

Czytadło. Miłe, ale na tym koniec.
PS Choć i tak pewnie sięgnę kiedyś po kontynuację. Co ja na to poradzę? Jak już poznałem jakieś postacie i mnie zaciekawiły, to potem trudno na nie machnąć zupełnie ręką.

PS 2 Rozbawiły mnie pojawiające się (chyba z okładki) zdanie mające zareklamować tą książkę: opowieść o silnych kobietach (jakby słabość była nie warta uwagi), ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów. Czy o każdej "babskiej" powieści trzeba pisać to samo? 

Całość tu: http://notatnikkulturalny.blogspot.com.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/cukiernia-pod-amorem-zajezierscy.html

Teraz czytam

Nic nie zdarza się przypadkiem
Tiziano Terzani
Atlas zbuntowany
Ayn Rand, Iwona Michałowska
Blackout - Jutro będzie za późno
Marc Elsberg
Drogie życie
Alice Munro, Agnieszka Kuc