Angielska flegma i hiszpański temperament

Walka kotów - Eduardo Mendoza

To moje drugie spotkanie z tym autorem i prawdę mówiąc jakoś nie bardzo mogę się do niego przekonać - może Wy mi powiecie jaka jego powieść jest najlepsza, żeby nie było że mam pecha i mam pecha z wyborem? Mendoza zgrabnie żongluje nawiązaniami do historii, sztuki (w poprzednio czytanej była Wenecja, a teraz Madryt), bawi się w plątanie akcji, rozrzucanie jakichś tajemnic i symboli, a potem niewiele wyjaśnia, raptownie kończy i zostawia czytelnika w jakimś dziwnym stanie zawieszenia. Żeby jeszcze te zabawy literackie miały jakieś głębsze drugie dno, ale mam nieodparte wrażenie, że to tylko jakaś otoczka, a mimo wszystko najważniejsza w nich jest i tak pewna intryga i akcja (która moim zdaniem w obu powieściach kuleje). Musi być oczywiście wątek miłosny, musi być tajemnica, poszukiwania jej rozwiązania, jakieś dylematy bohatera i prawdę mówiąc gdy pod tym kątem rozpatruję obie przeczytane książki Mendozy, są zadziwiająco podobne. I na pewno łączy jej jeszcze jedno - co chyba wkurzało mnie najbardziej. Totalnie niewiarygodny i przedziwnie zachowujący się bohater. Najbardziej przypomina on łódkę miotaną przez fale, tak jakby nie miał kompletnie żadnych hamulców, barier, instynktu zachowawczego ani też grama rozumu. Po prostu idzie gdzie go nogi poniosą, wpada w jakieś zadziwiające towarzystwo, plącze się po jakichś piwnicach, spelunkach i nawet jak dostanie po łbie nic go to nie nauczy, bo następnego dnia będzie robił dokładnie to samo. Zero logiki, jakiegoś planu, sensownych decyzji - wokół niego dzieją się jakieś rzeczy, a on mimo, że jest najważniejszą postacią powieści zachowuje się jakby jego jedynym zadaniem było wszędzie wejść, spotkać się z każdym, choć nic z tego nie wynika, a jego los decyduje się jakimś kompletnym zbiegiem okoliczności. Facet idzie się przespacerować, a ląduje na wiecu politycznym, idzie zjeść, a ląduje w ramionach dziwki itd. Niby bohaterowie Mendozy to ludzie wykształceni, niegłupi, a zachowują się jak bezmyślne kukły, które autor popycha do kretyńskich sytuacji, po to by móc opisać jak najbardziej dramatyczne przygody. Nielogiczności, a nawet totalny irracjonalizm głównego bohatera, gdy wszystkie inne postacie zachowują się w miarę sensownie (a przynajmniej jest to jakoś tłumaczone), strasznie mnie uwiera w tych powieściach.     

    
Tym razem głównym bohaterem jest Anglik - Anthony Whitelands, który jako specjalista od malarstwa Velasqueza przyjeżdża do Madrytu by w tajemnicy dokonać wyceny zaginionego dzieła tego malarza. Cały kraj (lata 30-te) ogarnięty jest coraz większym szaleństwem - Hiszpania jest w przededniu wybuchu wojny domowej, a nasz bohater szybko wplątuje się w samo centrum rozgrywek między różnymi siłami politycznymi. Reszty może zdradzać nie będę, bo gdyby ktoś chciał sam sięgnąć po "Walkę kotów" będzie miał większą frajdę w bieganiu za Anthonym po całym mieście zastanawiając po co on to robi... 
Tło historyczne, czyli wszystkie te przepychanki między socjalistami, monarchistami, Falangą i wojskowymi niby ciekawe, ale oprócz wrażenia pewnego chaosu, braku nadziei na pokojowe rozwiązaniu konfliktu nie dowiemy się prawie nic konkretnego  - to już lepiej sięgnąć po dobre opracowanie historyczne. Niby wspomina się o ofiarach, podpaleniach, ale w samej powieści mamy wrażenie, że na mieście i w knajpach to po prostu przepychanki dobrych sąsiadów, którzy dadzą sobie po razie, a potem pójdą się napić. Jeżeli to miała być powieść dająca nam dotknąć grozy tamtych czasów, to po kiego diabła odstawiać całą tą komedię z głównym bohaterem (naprawdę wiele scen zamiast strasznych było raczej komicznych).
 
Ani to dobry dramat, ani kryminał, a też chyba poczucie humoru Pana Mendozy nie do końca do mnie trafia. Niby czyta się dobrze, ale odkłada się po przeczytaniu z rozczarowaniem. Nie znajduję tu dla siebie nic porywającego. Chyba jednak na razie sobie odpocznę do tego autora.
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/03/walka-kotow-eduardo-mendoza-czyli.html