Książka nie oglądająca się na czytelnika

Kochanie, zabiłam nasze koty - Masłowska Dorota

Już jakiś czas minął od omawiania tej lektury na DKK, a ja wciąż odkładałem pisanie o niej "na później". Nie mam specjalnie porównania do innych powieści tej autorki, ani nie jestem fanem eksperymentów literackich gdzie treść jest mniej ważna od formy, w nosie mam opinie innych (gwiazda i odkrycie ostatniej dekady) i przyznaję się bez bicia mam z tą książką kłopot. Nie wiem czy dotyczy to Masłowskiej jako takiej, jej stylu, języka i pomysłów na pisanie, czy tylko tej jednej cieniutkiej powieści, ale po prostu tego nie kupuję. A kłopot polega na tym by dobrze wyjaśnić dlaczego. No bo tak: język specjalnie nie szokuje, choć chwilami robi się dziwnie, ale równie wiele było fragmentów dla mnie mało strawnych, co i tych zabawnych, gdzie człowiek uśmiechał się do jej porównań i zakręconych pomysłów. W dodatku trudno jej postawić zarzut, by było to kiepsko napisane - pod względem językowym jest ciekawie, a mozół przedzierania się przez te strony wynika raczej z przyjętego stylu narracji. 

Tak naprawdę całość to strumień świadomości płynący bez ładu i składu, wydarzenia realne przemieszane ze snami, czy wyobrażanymi w głowie sytuacjami. Ale to też nie jest dla mnie zarzutem - przecież Masłowska nie jako pierwsza taki patent stosuje i nie raz takie rzeczy nie tylko wciągały, ale i głęboko zapadały w pamięć. A czasem tak mam, że im bardziej coś popieprzone tym ciekawsze (też tak macie?) - dlatego np. uwielbiam książki Palahniuka. Wiecie co stanowiło podstawę tego mojego kłopotu? Przerysowani i przekombinowani bohaterowie. Nie tylko dziewczyny (bo one są tu na pierwszym planie), ale prawie każda postać jaka się tu pojawia - to wszystko jest tak pokręcone, tak dla mnie jakieś surrealistyczne, że musiałem się chwilami zmuszać by nie porzucić tego bełkotu. Zwyciężyła ciekawość. Czy to jest naprawdę jakiś obraz pokolenia? Czy tacy ludzie chodzą po ziemi? Co Masłowska próbuje nam pokazać? Czy ma jakiś przekaz, coś ważnego co chce w ich imieniu powiedzieć? I dochodzę moim zdaniem do sedna problemu - kompletnie nic. Ta książka dla mnie jest o niczym. Sorry. Tak to widzę. Ot z kilku luźnych pomysłów i dialogów, które miała w głowie albo podsłuchała na ulicy, postanowiła zlepić powieść, niespecjalnie sama chyba wiedząc dokąd ją to zaprowadzi.     
 
W tekście pada kilka fajnych tekstów, można się uśmiechnąć, ale ani w tym specjalnie nie szukałbym bym jakiejś logiki, ciągłości, ani tym bardziej przesłania. Ot wariacja na temat samotności i zagubienia egzystencjalnego 20-30 latków. Takich kosmopolitycznych "evrymenów", bo też akcja niby jest umieszczona w Stanach, ale podobne obrazki pewnie można by dostrzec w większości dużych miast. Temat może i ciekawy, ale w tym wydaniu niestety kompletnie "nie iskrzy", w głowie nie zostają mi żadne przemyślenia oprócz mniej lub bardziej zabawnych scenek.      


Cieszę się że sięgnąłem po wersję audio. Interpretacja Katarzyny Dąbrowskiej kapitalnie oddaje klimat tej książki. W tekście daje się wyłapać fajne określenie, które mogłoby definiować styl Masłowskiej w "Kochanie, zabiłam nasze koty" - to narracja nieoglądająca się na słuchacza. 

Nie martwcie się jednak. W ulubionych programach kulturalnych i rubrykach z recenzjami wielce szanowni krytycy na pewno wytłumaczą nam czemu to jest dzieło wielkie, pisarka genialna, a tylko czytelnik nie dorósł do tego poziomu...
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/02/kochanie-zabiam-nasze-koty-dorota.html