Niełatwe dojrzewanie

Nie tylko pomarańcze… - Winterson Jeanette
Niestety nie ominąłem wstępu, w którym autorka strasznie puszy się jaka to wielce oryginalna powieść wyszła spod jej ręki, ważna, wyjątkowa itd. Lubimy takie rzeczy, prawda? Zwłaszcza gdy przy okazji podsuwa nam się klucz do odczytania powieści, tak jakbyśmy sami mogli go nie dostrzec. To mam wrażenie, że trochę problem przeróżnej twórczości spod znaku kolorowej tęczy, poruszającej jakieś ważne dla środowiska LGBT treści - dla nich każdy film, książka jest niczym broń w walce "o sprawę", musi coś atakować, udowadniać, tak jakby nie wystarczyło by była po prostu dobra i broniła się sama. Trzeba kłuć w oczy, drażnić i wszędzie gdzie się da podkreślać swoje stanowisko, opowiadać o prześladowaniu, walce o prawa i dogryzać tym, których postrzega się jako wroga...
Ale przejdźmy do samej książki. Podobno zawiera sporo elementów biograficznych autorki, w każdym razie to jest jeden z kluczy do jej odczytania. Oto dziewczyna wychowywana w bardzo ortodoksyjnym chrześcijańskim środowisku (Zielonoświątkowcy?) opisuje różne zdarzenia ze swojego dzieciństwa - sceny z kościoła, klimat rodzinnego domu, relacje z bardzo zasadniczą, oschłą matką, swoje pierwsze zetknięcie ze szkołą, pierwsze uczucia. Te historie w czasem zabawny, czasem przyprawiający o dreszcze zgrozy sposób pokazać nam mają zamknięty świat ludzi fanatycznie religijnych, którzy żyją w ogromnej hipokryzji i wychowują swoje dzieci w konfrontacji do "prawdziwego świata". Do tego dorzućmy jeszcze wątek "zakazanego" uczucia jakim bohaterka obdarza przyjaciółkę i macie na talerzu to co pewnie w książce zaciekawia na pierwszy rzut oka. Dociekliwy czytelnik pewnie więcej czasu poświęci zastanowieniu się nad postacią matki - jej tajemnicami, źródłem różnych zahamowań, a może stosunkiem do mężczyzn (i ich wizerunkiem w powieści).   
Jak wspomniałem - jest niebanalne. Trochę moją przyjemność z lektury popsuł wstęp, nie podobały mi się i utrudniały lekturę liczne fragmenty baśniowo-metaforyczne, które jak rozumiem swoją symboliką miały nawiązywać do poszukiwań człowieka własnej tożsamości, swojego miejsca, szczęścia itd. Dla mnie jednak te wszystkie odniesienia do Biblii, legend arturiańskich i różnych przypowieści raczej zamydlały całość i zostały dodane tam po to by całość wydawała się bardziej dojrzała, głębsza.
Ponieważ to książka o dojrzewaniu, o niełatwych relacjach z rodzicami i o konflikcie jaki przeżywa bohaterka gdy musi skonfrontować własne przemyślenia i odczucia z systemem wartości jaki jej wpajano, pojawiła mi się jeszcze jedna ciekawa refleksja. Niezależnie czy dla rodziców ważna jest wiara i tradycyjny system wartości, czy też coś zupełnie innego, chyba rzeczą naturalną jest w pewnym momencie zanegowanie tego przez młodego człowieka. Bunt, wątpliwości, sprawdzanie, własne poszukiwania - to przecież naturalny proces i pojawia się pytanie jak pomóc go przejść, by to co dobre mogło zostać zachowane, by nie popełnić błędów. Matka Jeanette kompletnie tego nie potrafiła. Troszkę drażni przerysowany sposób opisywania jej różnych dziwactw, ale tak to już chyba trochę z dziećmi, które mają o coś żal do rodziców jest.
A wątki homoseksualne, które tu się pojawiają, prawdę mówiąc ani mnie ziębią, ani grzeją. Rozumiem, że to była jedna z płaszczyzn, na których w życiu bohaterki dokonał się jakiś przełom - ponieważ poczuła się zaatakowana, a nie czuła, że jest w tym coś złego, stało się to pierwszym etapem to odrzucenia dawnego życia i budowania swej tożsamości od nowa. 
Cóż. Może kiedyś sięgnę po inny tytuł tej autorki, ale to pierwsze spotkanie - średnio udane i nie rozumiem zachwytów. Ciekawe, ale na pewno nie wyjątkowe.
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/05/nie-tylko-pomarancze-jeanette-winterson.html