Sabach - esencja tego co czeskie

Masłem do dołu - Petr Šabach

Ironia, pewien dystans do świata, pokręcony humor i nutka goryczy (bo przecież życie słodkie nie jest) - to wszystko za co kochamy czeski humor jest tu obecne w 100%. Ten ich stoicki spokój, filozoficzne zatrzymanie się nad kuflem od piwa, nie poddawanie się żadnej tragedii, jest jednocześnie dla nas źródłem zdziwienia (no bo jak długo tak można?), ale czasem i zazdrości. Nie wiem jak Was, ale nieodmiennie ich produkcje filmowe bawią mnie dużo bardziej niż nasze (jakieś głupawe i najczęściej bez sensu). Niby to czasem zakręcone jak słoik, ale jest też w tym tyle jakiejś normalności (wystarczy popatrzeć na bohaterów tych produkcji), lekkości w opowiadaniu. Czemu wspominam o filmach? Ano nieprzypadkowo - proza Sabacha często wykorzystywana jest przez tamtejszych twórców, warto więc sięgnąć po jego książki, by odkryć ich klimat, humor i sprawdzić, czy to co podoba się Czechom, jest zrozumiałe u nas (ale chyba nie jestem wyjątkiem?). 

Chcąc przekazać Wam frajdę z czytania "masłem do dołu", najchętniej cytowałbym całe fragmenty, ale wtedy pewnie zepsułbym połowę przyjemności. Niech wiec wystarczy Wam na razie pierwsze zdanie książki:
„Kiedy Mohammed Atta przywalił Boeingiem 767 w północną wieżę World Trade Center, ja i prezydent Bush junior właśnie czytaliśmy bajki. Ja »O czym szumią wierzby« Kennetha Grahame’a, on »Bardzo głodną gąsienicę« Erica Carle’a”
 
 
Nie ma tu jakiejś ciągłej fabuły - to raczej ciąg bardziej lub mniej zwariowanych historii przeżywanych lub opowiadanych przez dwóch bohaterów: Arnosta i Evzena - krzepkich sześćdziesięciolatków. No właśnie - czy starość musi być nudna? 
To mieszanka absurdu (różne sceny z knajpy, dialogi obu panów, albo opisane ich przygotowania do zagłady nuklearnej) i tragikomedii (gdy Arnost opisuje swoje problemy zdrowotne, opiekę nad swoim ojcem albo scenki rodzinne). Mamy wspomnienia, luźno ze sobą powiązane anegdoty dotyczące ich znajomych i codzienność, która nie zawsze jest wesoła. Ale to nie w knajpie przy kuflu piwa, ale właśnie w tej czasem gorzkiej codzienności najbardziej urzeka nas to jak mocno stoją na nogach obaj starsi mężczyźni. Oni nie dają się zwariować nowinkom i szaleństwu dzisiejszego świata, mają swoje zasady, marzenia i wolą zrezygnować nawet z miło zapowiadającego się towarzystwa, jeżeli idą za nim naciski, które pozbawiły by ich tego co najcenniejsze w ich oczach - wzajemnej przyjaźni. Mogą się czasem na siebie wściekać, docinać sobie, ale stanowią dla siebie wsparcie, bez którego utracili by w życiu grunt pod nogami. Dlatego przesiadują godzinami razem, gadają lub milczą, nie przejmując się czy goniący gdzieś świat ocenia to co robią jako coś sensownego czy nie. Ważne, że oni odnaleźli w tym jakiś sens.    
Czyta się lekko, z coraz większą sympatią do obu panów, a jedyna wada jak przychodzi mi do głowy to fakt, iż książka to raptem 200 stron, a chciałoby się jeszcze. Przypominało mi to niektóre książki Hellera, ale to chyba tylko dowód na to, że to filozoficzno-ironiczne spojrzenie na życie codzienne jest niczym wirus, a jego roznosicielami są pisarze na całym świecie (szkoda, że wciąż tak nieliczni).   
Najkrótsza recenzja: cholernie zabawna refleksja nad tym jak patrzy się na życie, gdy zdaniem niektórych, stoisz już nad grobem. 
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/04/przypomnienie-o-konkursie-masem-do-dou.html