Listy, spotkania, ludzie i lektury

Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek - Annie Barrows, Mary Ann Shaffer

Książka, która dla wszystkich tych, którzy lubią o książkach rozmawiać pewnie jest chyba "kultowa". Wszak idea DKK przyszła do nas właśnie z Wielkiej Brytanii, zbiera u nas obfite żniwo, człowiek więc aż ciekaw jest, jak to dawniej takie spotkania mogły wyglądać. Co prawda można by się upierać, że i u nas tradycje literackich spotkań są wiekowe, ale chyba rzadko to wyglądało tak jak w tym zadziwiająco prostym pomyśle: nie żadne spotkania ze specjalistami, wykłady, tylko spotkanie przy poczęstunku i opowiadanie o tym co się ostatnio czytało, dzielenie się emocjami i zachęcanie by inni spróbowali tego samego. Obecnie najczęściej wcześniej ustalamy, że czytamy to samo, ale znam takie kluby gdzie wciąż jest pełna dowolność i ustala się kilka tytułów do wyboru. No dobra - przydługi wstęp, bo przecież właśnie jako lekturę wakacyjną na DKK czytałem "Stowarzyszenie...", ale chciałem od razu podzielić się z Wami wielką skargą... Skargą, żalem czy jak to tam nie nazwać. Książka, która w tytule i w pomyśle miała opowiadać o grupie ludzi, którzy się spotykają by o książkach rozmawiać, prawie wcale o tych spotkaniach nie mówi. Każdy fragment był przeze mnie wyszukiwany niczym rodzynki w cieście drożdżowym, a tu ich tak malutko :( A przecież pomysł można by pociągnąć, dorzucić choć troszkę, bo któż nie lubi rodzynek. Każdy z takich fragmencików rzeczywiście był iskierką humoru, dzięki nim poznawaliśmy nie tylko lepiej literackie upodobania poszczególnych postaci, ale po prostu ich charakter, podejście do życia, do innych ludzi. Tego mi troszkę zabrakło, bo chciałoby się tego jak najwięcej.

Książka jest więc nie tyle o rozmowach o książkach, co raczej o historii, o trudnych chwilach jakie przeżywali bohaterowie w trakcie wojny i o tym jak spotkania i rozmowy pozwalały być bliżej siebie, wspierać się, zapominać o tym co bolesne. 
Całość książki jest zbiorem listów, które krążyły między różnymi postaciami, trzeba więc chwili aby się wciągnąć w ten dziwny sposób narracji i połapać w tym kto jest kim. Potem idzie już jak z płatka.
Młoda pisarka Juliet Ashton (a może dziennikarka?), która w trakcie wojny zdobyła popularność swymi felietonami, szuka pomysłu na temat książki. Przypadkowa korespondencja z człowiekiem, który zainteresował się lubianym przez nią pisarzem prowadzi ją na pewien ślad. Na okupowanej przez kilka lat przez hitlerowców wyspie Guernsey, grupka ludzi szukając pretekstu by uniknąć godziny policyjnej założyła Stowarzyszenie miłośników literatury (a, że lubili przy tym pojeść stąd drugi, mniej formalny człon nazwy). Juliet najpierw poprzez listy spróbuje dowiedzieć się czegoś więcej, a potem coraz bardziej zafascynowana historiami jakie otrzymała, udaje się na wyspę. To wydarzenie przemieni również jej życie.
Można by to zakwalifikować lekką ręką jako czytadło - połączenie romansu, odrobiny obyczajowości, ludzkich historii zabarwionych okrucieństwem wojny. Ale to raczej nie odda klimatu w jaki człowiek wsiąka w trakcie lektury. Tu obetrze łezkę, tu się będzie w głos zaśmiewał i ciężko będzie mu się oderwać od lektury. Skąd ten fenomen? Może w połączeniu tych wszystkich dramatycznych i niełatwych historii z niesamowitą dawką optymizmu, wzajemnego wsparcia, wzajemnej życzliwości. Ci czasem prości ludzie, po prostu byli blisko siebie, zarówno w czasie wojny jak i już po niej. A zbliżyły ich właśnie książki, rozmowy o nich, ich wzajemne dyskusje i biesiady. To dawało im siłę, sens, nadzieję. I przemieniało, bo przecież gdy ma się te trzy, nie jest się zamkniętym na innych, to łapiemy wiatr w żagle...
Może ci, którzy nie czują takiej potrzeby, nie mają problemu by wyrażać siebie i swoje wnętrze, mając mnóstwo podobnie myślących osób na co dzień, nie złapią tego specyficznego klimatu. Ale ja na te pół dnia lektury dałem się zaczarować. Autorki, czyli Mary Ann Shaffer i Annie Barrows dają sporą dawkę optymizmu (no i lukru też) i przypominają o prostych radościach, o pasji z jaką można chłonąć życie. Nie pozostaje nic tylko podziękować. I za lekturę. I za DKK, za tych wszystkich, których tam spotykam, za miłe chwile, które razem tworzymy :)
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/stowarzyszenie-miosnikow-literatury-i.html