Notatnik Kulturalny

Bloga o nazwie Notatnik Kulturalny prowadzę już ponad dwa lata - codziennie piszę o filmie, płytach, książkach. Na początku traktowałem to trochę jako miejsce na prywatne zapiski, by nie uleciały różne wrażenie i refleksje, a z czasem coraz większą frajdę sprawiają okazje do wymiany poglądów, komentowania, dyskusji. Na blogu dominują filmy, tu spróbuję wybrać to co dotyczy moich lektur, a czytam prawie wszystko :)

Wywiady z sensem i o sensie

Ciemno, czyli jasno - Jakimowicz Marcin
Przyzwyczajeni jesteśmy do różnych wywiadów, podglądania celebrytów, pytania ich o zdanie na każdy temat, wchodzenia do ich domów. Wystarczy sięgnąć po dowolną kolorową gazetkę, włączyć telewizję. I jakoś czasem nawet umyka nam sens tego co oni mówią, wszystko się miesza, to słowa często kompletnie puste, bo niby są w nich emocje, ale czujemy, że jakieś nieprawdziwe. W jednym wywiadzie opowiadanie o wielkiej dozgonnej miłości, fascynacji, szczęściu, a po roku (może nawet na tych samych łamach), spowiedź jaka to była trauma, trudny związek i ranienie siebie... I tak w kółko. 
Nic dziwnego, że do wywiadów, do rozmów podchodzimy dość nieufnie, podejrzewając, że nie będzie tam nic dla nas, nic mądrego. Ta książka, mimo, że zawiera właśnie wywiady, gwarantuję Wam, że jest zupełnie inna. Marcin Jakimowicz ma jakiś szczególny dar, że nikt z jego rozmówców nie uciekł, nie próbował uników. Nie ma pytań o duperele, o kolor mebli, czy wysokość zarobków. Od pierwszego pytania od razu wrzucani jesteśmy na głęboką wodę. 
 
O swych słabościach, błądzeniu, cierpieniu, poszukiwaniach pokoju i doświadczeniu spotkania Boga w swoim życiu opowiadają z niesamowitą szczerością: ks. Mirosław Nowosielski, Anna Golędzinowska, Leszek Dyblik, o. Wojciech Ziółek, Ireneusz Krosny, o. Leon Knabit, Jadwiga Basińska, Jacek Borusiński, Przemysław Babiarz, Antonina Krzysztoń, Michał Lorenc, Robert „Litza” Friedrich, Jasiek Mela, o. Maksymiliań Stępień, Piotr Jaskiernia, ks. Stanisław Urbaniak, ks. Leszek Misiarczyk, o. Wojciech Jędrzejewski, o. Stanisław Jarosz, bp Grzegorz Ryś, ks. Grzegorz Strzelczyk, o. Michał Zioło, o. Augustyn Pelanowski, Aleksander Bańka, o. Jacques Verlinde. Chyba wszystkie wywiady były kiedyś publikowane na łamach "Gościa Niedzielnego", ale warto mieć ten zbiór, bo ma sporą siłę rażenia.

Nawet w mroku jest światło.

Te wywiady będą bronić się nie tylko po roku.
   
„Gdy miałem 13 lat, w wypadku straciłem rękę i nogę. Ale to nie był najtragiczniejszy moment w moim życiu. Kiedy miałem siedem lat, spłonął nasz dom w Malborku. Rodzice, ja, dwie moje siostry i brat staliśmy i patrzyliśmy, jak tracimy wszystko. Rok później utopił się mój młodszy brat, Piotruś” – taki scenariusz opowiedział mi Jasiek Mela. Prawdziwe trzęsienie ziemi. Zapytałem go, jak wyjść spod takich gruzów – pisze Marcin Jakimowicz, autor książki „Ciemno, czyli jasno”, we wstępie do jednego z wywiadów. To zbiór poruszających 25 rozmów „na śmierć i życie”.
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/09/ciemno-czyli-jasno-czyli-za-sie-nie.html

Kawałek historii...

Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów - Antoni Ferdynand Ossendowski

Mam trochę kłopot z tą książką. Fascynująca postać autora, z życiorysem, którym obdarować można by kilkanaście osób. Do tego to chyba drugi po Sienkiewiczu, najbardziej znany pisarz piszący po polsku - tłumaczony 142 razy na różne języki obce. Do tego przecież powieść nie tyle będąca przyrodniczo-kulturową analizą krain, ale raczej mieszanką przygody, wspomnień awanturnika i żołnierza (naukowca, dyplomaty itd. bo ileż było w nim pasji), więc nic nie wskazywało na to, że będzie nudna. A mimo tego, że czyta się dobrze, to emocjonalnie jakoś mało mnie to ruszyło. Intelektualnie ciekawe, ale chwilami mnie jakoś muliło i gubiłem rytm. Czy dlatego, że sam ton powieści jest dość beznamiętny? A może chwilami zabrakło trochę więcej opisów i wnikliwości - przecież to co autorowi wydawało się oczywiste, wcale dla czytelnika takie być nie musi. Potyczki z bolszewikami, różne postacie, chłopi, dezerterzy, lamowie, bezdroża, świątynie, krajobrazy, następują po sobie szybko i zmieniają się jak w kalejdoskopie, tak że zlewają się w jedną masę, z której niewiele zostaje w pamięci. Nawet z mapą chyba dość trudno śledzić przebieg całej wyprawy, zwłaszcza, że kilkukrotnie ślady te będą się powtarzać i przecinać. Co więc czyni tę pozycję mimo wszystko interesującą?

 
Nawet jeżeli autor trochę podkolorował różne wydarzenia (był o to oskarżany zaraz po publikacji książki w latach 20-tych) to i tak trudno znaleźć podobną relację dotykającą zarówno mało znanego terytorium Azji Środkowej, kultury, jak i okrutnych czasów, gdy rosnąca w siłę powódź czerwonej zarazy rozlewała się daleko poza dawne granice Rosji. Dziś gdy podróżowanie jest dużo łatwiejsze i dostępne dla prawie każdego, możemy sobie przebierać w trasach i różnych relacjach. Ta jednak jest wyjątkowa. Zapis przeżyć uciekającego z Syberii po klęsce Białych Ossendowskiego to nie tylko podróż i przygoda - to przecież ratowanie życia, które niejednokrotnie było podczas tej wyprawy zagrożone. Bandy czerwonych przenikały przez granicę zupełnie swobodnie, w wielu miejscach siały ferment podburzając ludność, albo płacąc ludziom za donoszenie - stąd cel, który sobie wyznaczył autor i grupa zaprzyjaźnionych ludzi, czyli Indie, okazał się bardzo odległy. 
...
Autor doświadczał na własnej skórze i jako naoczny świadek dobrodziejstw rewolucji leninowskiej i czynów hołoty, która dostrzegła w niej szansę na szybkie wzbogacenie - stąd też i tu i w kolejnych powieściach ta gorzka prawda o komunizmie będzie biła po oczach. Nic dziwnego, że praktycznie od wojny aż do roku 1990 Ossendowski był na indeksie i został trochę w Polsce zapomniany. Seria wydawana przez Zysk i S-ka "Podróże retro" kusi więc nie tylko tym jak jest wydawana (ładne zdjęcia uzupełniające tekst), ale i ma wartość edukacyjną. Dotykamy historii, dotykamy świata, który już nie istnieje. Trudno bowiem zakładać iż tereny, przez które przemierzał autor dziś wyglądają tak samo. Nawet jeżeli pewne tradycje są nadal żywe, to są już one ledwie namiastką tego czym pulsowało życie dawnych plemion i ludów zamieszkujących te krainy.    
...
Odrobinę jak dla mnie trąci myszką, ale nawet nie sam język, ale właśnie styl pisania. Dziś takie kreowanie siebie na przywódcę i supermena, który wychodzi obronną ręką z różnych przeciwności trochę bawi i drażni. Tyle, że gdy uświadomimy sobie, że to jednak realne świadectwo pewnych czasów i wydarzeń, przymyka się oczy nawet na te pewne wady tej powieści i czyta się z rosnącym szacunkiem. 
Moja ciekawość została podrażniona, ale na pewno nie zaspokojona. 
więcej na http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/przez-kraj-ludzi-zwierzat-i-bogow.html
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/przez-kraj-ludzi-zwierzat-i-bogow.html

O wierze troszkę inaczej...

Hurra, Nie jestem bogiem! - Tomáš Halík

Na okładce książki można przeczytać m.in.

Książka Tomáša Halíka to zbiór trzynastu niezwykłych opowieści o wierze, nadziei i miłości. Próba odpowiedzi na pytania, jak ocalić siebie w czasach kryzysu, jak znaleźć sens w cierpieniu, gdzie szukać prawdy, jak żyć z wątpliwościami i jak wahać się mądrze. Obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy poszukują swojego miejsca w świecie.

Znajdziecie tam też ciepłą rekomendację od Mariusza Szczygła, który twierdzi, że Halik jest jedynym księdzem, którego słucha z uwagą (bo słuchają go Czesi). Ale nie spodziewajcie się lekkiej (choćby jak u Hołowni) lektury. W zebranych tu tekstach autor zwracał się do różnego gremium (m.in. na konferencjach), więc trudno oczekiwać by na potrzeby publikacji zmieniał ich brzmienie, więcej tłumaczył i upraszczał, łagodził kontrowersje. Dominikanin i psychoterapeuta znany nie tylko w Czechach, ale również i u nas, w swoich rozważaniach pyta o ateizm, o łaskę wiary, sens cierpienia, mówi nam o wartością wątpienia, śmiechu, no i przede wszystkim o Bogu. Ale mówi rzeczywiście tak, że na próżno szukać tu definicji, dogmatów, wielkich słów jakie kojarzą nam się z teologicznymi dysputami. Więcej tu wątpliwości, stawiania pytań, negowania powszechnych postaw i krytyki chodzenia za tłumem. To zaproszenie do rozmowy, w której samemu czasem trzeba sobie też zadać pewne pytania, skonfrontować się z pewnymi zdaniami, pokłócić lub zgodzić, zastanowić. Może dlatego tyle osób z zainteresowaniem słucha księdza Halika - to nie wykład, ani kazanie.
 
Jesteśmy więc zaproszeni do rozmowy. Niełatwej, bo przecież i temat wiary niełatwy.
 
"Gdy ktoś twierdzi, że jest niewierzący, pytam go: jak wygląda ten Bóg, w którego nie wierzysz? A gdy ten ktoś opisze Boga, w którego nie wierzy, często muszę mu z ulgą pogratulować: Bóg zapłać, że w takiego Boga nie wierzysz. W takiego Boga nie wierzę i ja". 
 
Dużo tu rozważań filozoficznych, stąd też nie każdy rozdział jest łatwy do szybkiego przebrnięcia (zajęło mi to mimo niewielkiej objętości kilka tygodni). To raczej pozycja do której chce się wracać. Nie tylko po to by zachwycić się jedną czy drugą błyskotliwą myślą, ale by jeszcze raz, samemu być może zadać sobie różne pytania. 
Nie oglądać się na innych, ale zacząć od siebie. Szukać, wątpić, zadawać pytania. Ale szukać. Nie osiąść na laurach (albo na kanapie).
 
"Wierzącym jest dla mnie ten, kto przeżywa życie jako dialog, kto stara się zrozumieć wyzwania, rady czy ostrzeżenia i odpowiada na nie. A niewierzący to ten, kto przeżywa swoje życie jako monolog, kto słucha sam siebie".   
 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Więcej na : http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/hurra-nie-jestem-bogiem-ks-tomas-halik.html

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/hurra-nie-jestem-bogiem-ks-tomas-halik.html

Nie musisz się męczyć, to takie proste!

Matemagia. Tajniki pamięciowej matematyki - Michael Shermer, Arthur Benjamin
Początek roku szkolnego. Troszkę już myślami jesteśmy w tym co nas czeka, ale też w głowie mam rożne rzeczy, które zadziały się w ubiegłym roku szkolnym. Podam Wam jeden z przykładów, który daje sporo do myślenia a propos trudności w nauce naszych dzieci. Matma starszej córce zawsze sprawiała trochę kłopotu, nie raz spędzałem z nią sporo czasu, by różne rzeczy wytłumaczyć (ciekawe co robił nauczyciel w klasie), a i tak oceny mocno były rozrzucone (od 1 do 4). W każdym razie - nie lubiła i traktowała to jako męczarnię(na co mi to?). I oto nagle w szóstej klasie zmiana nauczycielki. Po kilku pierwszych załapanych czwórkach i pochwałach (nie tylko w domu) nagle jakby ktoś wiatr jej wpuścił w żagle. Kółko matematyczne, zgłaszanie się do olimpiad i konkursów, szukanie różnych zadań w domu (nadobowiązkowo!?!) - po prostu kopara opada. Dużo dzieciaków narzeka, że za dużo zadawane, że trudno, a ta nic... Oczywiście zdarzały się i słabsze momenty, ale córka ewidentnie wiedziała wtedy, że się nie przyłożyła, nie chciało jej się i starała się to poprawić. Z czwórki na koniec roku byliśmy wszyscy bardzo dumni. 
W tym roku zaczyna gimnazjum i już kombinuje by trafić do bardziej wymagającej (lepszej) nauczycielki, a na zajęcia w Pałacu Młodzieży wymyśliła sobie matematykę dla zaawansowanych :) Ile zależy od mądrego nauczyciela, który potrafi kiedy trzeba być surowy, a kiedy trzeba pochwalić. No i potrafi zainteresować tematem. 
Przydługi wstęp, ale to wszystko wiąże się z tematem lektury - uwierzcie! Na początek uwaga - to pierwsza książka, którą objęło patronatem Centrum Nauki Kopernik.Brzmi poważnie, nie? Kiedy tylko paczka od wydawnictwa Pierwsze przyszła pocztą i córka zobaczyła tytuł (jeszcze w maju), książka została mi skonfiskowana. Już tego samego dnia przybiegła z wypiekami na twarzy prosząc aby jej zadawać do wykonania w pamięci różne działania w zakresie odejmowania i dodawania dużych liczb. Ile jej frajdy sprawiało nasze zdumienie! Potem przychodziła ze szkoły śmiejąc się, że nazywają ją zombie matematycznym bo od ręki potrafi mnożyć i dzielić trzycyfrowe liczby, potęgować, albo wyciągać pierwiastki. Tak, tak! To wszystko sprawiła ta właśnie książka. Kto by pomyślał, że książka na temat matematyki może dawać tyle radości. Wszystko dlatego, że to nie jest podręcznik, ale raczej pełna przykładów i ćwiczeń, ciekawostek i sztuczek książka pokazująca, że liczby i zabawa nimi może być zabawna, niczym magia, ciekawsza niż telewizja czy gra komputerowa. 
 
Dziesięć rozdziałów - zaczynamy od mało skomplikowanych rzeczy jak dodawanie i odejmowanie, a potem wraz z kolejnymi rozdziałami poziom trudności rośnie (podnoszenie do potęgi trzeciej liczb cztero, pięciocyfrowych to już jest coś). Ale przecież nie jest to książka na jedno posiedzenie - raczej coś w rodzaju pomocy do tego by sobie coś przećwiczyć, czegoś się nauczyć (nie tylko po to by imponować innym, ale ileż tych umiejętności może przydać się w życiu). Ćwiczymy pamięć (ech te piny, hasła i kody), umiejętność szybkiego liczenia, szacowania wyników działań na ogromnych liczbach, operacji na ułamkach, bawimy się ustalaniem dnia tygodnia do dowolnej daty, a na deser dostajemy trochę anegdot,  ciekawostek i zabawa logicznych. 706 do kwadratu? 621 x 637 - okazuje się, że można to policzyć błyskawicznie bez pomocy kartki i ołówka. A wszystko napisane i wytłumaczone tak, że wszystko wchodzi łatwi bezboleśnie, kusi by natychmiast spróbować wykonać podane ćwiczenia. Czemu w naszych szkołach nie uczy się w ten sposób??? Ktoś powie, że to triki, sztuczki, zabawa... Ale przecież nauka nie musi być męką! Z zabawy może zrodzić się prawdziwa pasja! 
Książka zatem nie tylko dająca uśmiech i satysfakcję. Ona daje również pewne umiejętności, ale przede wszystkim rozbudza ciekawość i zachęca do dalszych poszukiwać (córa już kazała mi szukać podobnych rzeczy i zbiorów zagadek matematycznych). Ja też będę tu zaglądał, bo mi się spodobało. Kto wie, może wreszcie przestanę zaglądać do kalkulatora w komórce by wyliczać procenty, stawki, godziny...
Profesor matematyki Arthur Benjamin i felietonista i popularyzator nauki Michael Shermer stworzyli coś zarazem lekkiego jak i wartościowego. Po prostu brawa! Niech Was nie zniechęcają obawy przed matematyką, złe doświadczenia ze szkoły, albo marudzenie dziecka, że to nie dla niego - tą pozycję warto mieć w domu! Pomóżmy naszym dzieciom podsuwając im takie sposoby ułatwiające liczenie, ale i sami starajmy się ćwiczyć umysł, by nam w końcu nie zgnuśniał :)
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/matemagia-tajniki-pamieciowej.html

Więcej, szybciej, mocniej

Lód nad głową - Głuchowski Piotr

O pierwszej książce Głuchowskiego, czyli "Umarli tańczą" pisałem tutaj kilka dni temu. Ale wakacje sprzyjają tego typu lekturom - dzień długi i nawet jak nie ma kiedy czytać, to zawsze można niezobowiązująco rzucić szybko okiem i przywrócić kilka stron. Zanim się człowiek obejrzy już koniec. Bo trzeba przyznać, że autor potrafi trzymać w napięciu jak mało kto.
Na okładce informacja, że to kryminał, ale raczej szykujcie się na thriller kryminalno-polityczny i ostrą jazdę bez trzymanki. Podobała się Wam pierwsza książka tego autora? Tu dostaniecie jeszcze więcej, szybciej i mocniej. Od pierwszych stron tempo zawrotne. Zaczynamy od masakry w ośrodku wypoczynkowym, w której ginie minister i kilkadziesiąt osób ze światka prawniczego - sędziów, prokuratorów, a potem to jest już tylko ciekawiej. 

W niektórych wydarzeniach można rozpoznać trochę naszej polskiej rzeczywistości politycznej (partia pana na P - kto nie miał takich skojarzeń?), ale nie jest istotne to na ile poszczególne postacie przypominają te realne. Najbardziej istotne jest to, że wraz z rozwojem akcji coraz bardziej rośnie w nas przekonanie, że tak może wyglądać, że tak właśnie wygląda nasza rzeczywistość. Gra różnych sił, sprzedajność polityków i urzędników (jak nie skutkują pieniądze to dobry szantażyk), manipulowanie mediami i opinią publiczną, szukanie kozła ofiarnego po to by zatuszować nieudolność w śledztwie... Ech może warto przetrzeć oczy i pozbyć się iluzji o tym jak to nasze państwo stabilne, sprawne, bezpieczne itd. W końcu jak to ładnie ktoś stwierdza pod koniec: nie takie rzeczy udawało się zatuszować przed opinią publiczną. Służby okazuje się, że równie dużo czasu spędzają na poszukiwaniach, co i na "sprzątaniu" różnych wpadek. 

Tym razem redaktor Robert Pruski jest jedynie jednym z bohaterów, nie jest tak wyraźnie na pierwszym planie, choć nie ukrywajmy jego różne decyzje będą miały wpływ na przebieg wydarzeń. Nadal wątek dziennikarstwa śledczego będzie miał dla całości ogromne znaczenie, to właśnie pewien przygotowywany artykuł uruchomi całą lawinę wydarzeń i spowoduje, że jego autorzy znajdą się na celowniku różnych ludzi.
Pościgi, morderstwa, podsłuchy, tajne służby i dużo więcej tego co tygrysy po prostu uwielbiają. Po prostu świetnie napisany thriller o powiązaniach i kulisach władzy, biznesu i mediów. Znowu co prawda byłem trochę rozczarowany końcem, ale chyba trudno byłoby z sensem pokończyć wszystkie wątki i nie przedłużyć powieści o kolejne kilkaset stron.
Czy jest lepiej niż w debiucie? Inaczej. Po prostu klimat jest dużo szybszy, zbliżony do tempa końcówki "Umarli tańczą". Ale podoba się i to i to! Czekam na więcej Głuchowskiego!
Mój mały prywatny plusik za pociągnięcie tematu życia prywatnego Pruskiego. I mały minusik za sporą ilość scen nie tyle nawet pikantnych co powiedziałbym nawet mało smacznych. Po co tu się silić na epatowanie dosadnością i udowadnianie, że ilość otworów w ludzkim ciele nie jest taka mała, skoro książka i bez tego by była dobra i mocna.
Kolejny hicior na wakacje, nawet nie wiem czy nie lepszy od Miłoszewskiego (Bezcenny), który dotąd była tegorocznym czytadłem nr 1!

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/lod-nad-gowa-czyli-szybciej-wiecej.html

Pogoń za zbrodniarzem, pogoń za sprzedażą

Umarli tańczą - Głuchowski Piotr

Naprawdę rasowy kryminał. Trzyma w napięciu nawet wtedy gdy już by wydawało się, że mamy wszystkie rozwiązania w ręku. Brawa, a do końca sierpnia pewnie łyknę drugą powieść Głuchowskiego.

 

- sama sprawa sięga głęboko wstecz, ale to tylko nadaje jej głębi. Próby znalezienia jakichś śladów zaginionych ludzi prowadzą do seryjnego mordercy, a gdy już prawie wszystko wiemy, dochodzi dodatkowy smaczek, czyli cała historia tuszowania sprawy w przeszłości przez służby specjalne. W którymś momencie miałem nawet takie podejrzenie, że akcja pójdzie w stronę podobną jak w Uwikłaniu, czyli jeden telefon od właściciela gazety i sprawa zniknie z obszaru zainteresowania, a dziennikarz i główny bohater pójdzie w odstawkę. Powiązanie morderstw z obrządkiem jakiejś sekty może i dziwaczne, ale opisane dość prawdopodobnie.
- gazeta. Hmmm. To był świetny pomysł by autor umieścił akcję w środowisku jakie dobrze zna. Pokazuje nam nie tylko realia funkcjonowania mediów i gonitwę za tematem, ale i czasem bardzo żmudny sposób zbierania informacji, klecenia z tego czegoś co może skupić uwagę czytelnika. To, że jest to malutka redakcja "Głosu Torunia" tylko dodaje smaczku, bo kibicujemy by tygodnik (a z nim jego naczelny) osiągnął jakiś sukces i odbił się od dna. Porównania do Millenium może i nie przypadkowe, ale uważam, że udało się tu nie tylko pokazać nasze realia, ale i całe śledztwo dziennikarskie opisane jest tak żywo, że nawet na chwilę nie miałem poczucia wtórności (brawa za dobre dialogi!). Ba! Chwilami ma się wrażenie, że czytasz nie tyle kryminał, co po prostu reportaż.
- bohater. Udało się zarysować postać bardzo realistyczną i którą mimo wad da się lubić. Mamy zniechęcenie i gorycz, obawę przed powrotem do picia, problemy rodzinne, a na drugiej szali wagi ten nos dziennikarski, nadzieję, instynkt, działanie na pograniczu ryzyka i prawa, wreszcie poświęcenie pracy wszystkiego. 
- no i kolejny plus: Toruń. No bo i dlaczego wciąż duże miasta mają być miejscem akcji, a piękny Toruń miałby być pomijany? Nie zawsze opisany kolorowo i od strony tego co widzą turyści, może odrobinę zbyt dużo tu kompleksów "prowincji", ale trudno odmówić tego iż udało się uchwycić trochę prawdziwej atmosfery miasta i ludzi jacy w nim żyją.
 
cała recenzja tu: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/umarli-tancza-piotr-guchowski-czyli.html
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/umarli-tancza-piotr-guchowski-czyli.html

Listy, spotkania, ludzie i lektury

Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek - Annie Barrows, Mary Ann Shaffer

Książka, która dla wszystkich tych, którzy lubią o książkach rozmawiać pewnie jest chyba "kultowa". Wszak idea DKK przyszła do nas właśnie z Wielkiej Brytanii, zbiera u nas obfite żniwo, człowiek więc aż ciekaw jest, jak to dawniej takie spotkania mogły wyglądać. Co prawda można by się upierać, że i u nas tradycje literackich spotkań są wiekowe, ale chyba rzadko to wyglądało tak jak w tym zadziwiająco prostym pomyśle: nie żadne spotkania ze specjalistami, wykłady, tylko spotkanie przy poczęstunku i opowiadanie o tym co się ostatnio czytało, dzielenie się emocjami i zachęcanie by inni spróbowali tego samego. Obecnie najczęściej wcześniej ustalamy, że czytamy to samo, ale znam takie kluby gdzie wciąż jest pełna dowolność i ustala się kilka tytułów do wyboru. No dobra - przydługi wstęp, bo przecież właśnie jako lekturę wakacyjną na DKK czytałem "Stowarzyszenie...", ale chciałem od razu podzielić się z Wami wielką skargą... Skargą, żalem czy jak to tam nie nazwać. Książka, która w tytule i w pomyśle miała opowiadać o grupie ludzi, którzy się spotykają by o książkach rozmawiać, prawie wcale o tych spotkaniach nie mówi. Każdy fragment był przeze mnie wyszukiwany niczym rodzynki w cieście drożdżowym, a tu ich tak malutko :( A przecież pomysł można by pociągnąć, dorzucić choć troszkę, bo któż nie lubi rodzynek. Każdy z takich fragmencików rzeczywiście był iskierką humoru, dzięki nim poznawaliśmy nie tylko lepiej literackie upodobania poszczególnych postaci, ale po prostu ich charakter, podejście do życia, do innych ludzi. Tego mi troszkę zabrakło, bo chciałoby się tego jak najwięcej.

Książka jest więc nie tyle o rozmowach o książkach, co raczej o historii, o trudnych chwilach jakie przeżywali bohaterowie w trakcie wojny i o tym jak spotkania i rozmowy pozwalały być bliżej siebie, wspierać się, zapominać o tym co bolesne. 
Całość książki jest zbiorem listów, które krążyły między różnymi postaciami, trzeba więc chwili aby się wciągnąć w ten dziwny sposób narracji i połapać w tym kto jest kim. Potem idzie już jak z płatka.
Młoda pisarka Juliet Ashton (a może dziennikarka?), która w trakcie wojny zdobyła popularność swymi felietonami, szuka pomysłu na temat książki. Przypadkowa korespondencja z człowiekiem, który zainteresował się lubianym przez nią pisarzem prowadzi ją na pewien ślad. Na okupowanej przez kilka lat przez hitlerowców wyspie Guernsey, grupka ludzi szukając pretekstu by uniknąć godziny policyjnej założyła Stowarzyszenie miłośników literatury (a, że lubili przy tym pojeść stąd drugi, mniej formalny człon nazwy). Juliet najpierw poprzez listy spróbuje dowiedzieć się czegoś więcej, a potem coraz bardziej zafascynowana historiami jakie otrzymała, udaje się na wyspę. To wydarzenie przemieni również jej życie.
Można by to zakwalifikować lekką ręką jako czytadło - połączenie romansu, odrobiny obyczajowości, ludzkich historii zabarwionych okrucieństwem wojny. Ale to raczej nie odda klimatu w jaki człowiek wsiąka w trakcie lektury. Tu obetrze łezkę, tu się będzie w głos zaśmiewał i ciężko będzie mu się oderwać od lektury. Skąd ten fenomen? Może w połączeniu tych wszystkich dramatycznych i niełatwych historii z niesamowitą dawką optymizmu, wzajemnego wsparcia, wzajemnej życzliwości. Ci czasem prości ludzie, po prostu byli blisko siebie, zarówno w czasie wojny jak i już po niej. A zbliżyły ich właśnie książki, rozmowy o nich, ich wzajemne dyskusje i biesiady. To dawało im siłę, sens, nadzieję. I przemieniało, bo przecież gdy ma się te trzy, nie jest się zamkniętym na innych, to łapiemy wiatr w żagle...
Może ci, którzy nie czują takiej potrzeby, nie mają problemu by wyrażać siebie i swoje wnętrze, mając mnóstwo podobnie myślących osób na co dzień, nie złapią tego specyficznego klimatu. Ale ja na te pół dnia lektury dałem się zaczarować. Autorki, czyli Mary Ann Shaffer i Annie Barrows dają sporą dawkę optymizmu (no i lukru też) i przypominają o prostych radościach, o pasji z jaką można chłonąć życie. Nie pozostaje nic tylko podziękować. I za lekturę. I za DKK, za tych wszystkich, których tam spotykam, za miłe chwile, które razem tworzymy :)
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/stowarzyszenie-miosnikow-literatury-i.html

Czy idealiści już pomarli?

Prawda - Palin Michael
Michael Pallin - gdy słyszymy to nazwisko i widzimy tego faceta, skojarzenia są jednoznaczne: ekipa Monthy Pythona. I na tej legendzie żartownisia i ekscentryka pewnie można by jechać długo, tyle że pewnie chleba z tego zbyt wielkiego nie ma. Zamiast odcinać więc kupony od dawnej sławy, człowiek ima się innych zajęć - a to robi filmy podróżnicze dla BBC, a to znów sięga po pióro (ha, następne pokolenia chyba już nie będą rozumieć tego określenia)... Nie mamy więc do czynienia z debiutantem, Palin pisać potrafi, teraz tylko pytanie czy jest to coś godnego uwagi, czy też po prostu próbuje nam się wcisnąć produkt nijaki, wierząc, że samo nazwisko autora i promocja wystarczą by przyciągnąć uwagę.

Pewnie każdy będzie miał własne zdanie na ten temat, recenzje są różne. Co wystarczy by powieść uznać za ciekawą - czy wystarczy ciekawy bohater, dobry styl prowadzenia akcji, umiejętność pisania dialogów, odrobina napięcia? A co z pomysłem, zwrotami akcji i finałem - czy muszą być oryginalne, zaskakujące? Być może pewne rzeczy u Palina są przewidywalne, ale dla mnie wartością tej pozycji jest to, że jest "o czymś". Że dotyka pewnych spraw, które może nie są odkrywaniem Ameryki, ale są na pewno aktualne, warte przemyślenia. Czy w dzisiejszym świecie, gdzie władzę dzierżą nie tyle rządy co bankierzy, wielkie koncerny i biznes, gdzie manipulując mediami można społeczeństwu wmówić prawie wszystko, jest jeszcze miejsce na walkę o jakieś wartości, ideały i czy ta walka ma sens? Czy nie jest z góry przegrana?

 

Bohaterem powieści jest pisarz Keith Mabbut. Kiedyś zbierał nawet nagrody za swoje zaangażowanie, za upór, podejmowanie niełatwych tematów, ale dziś by zarobić na życie musi brać prawie każdą fuchę i jest gotów pisać nawet laurki dla koncernów naftowych, byle zarobić na chleb. Wmawia sobie, że takie są czasy, że nie kłamie, a jedynie pokazuje część prawdy, ale czujemy, że oszukuje trochę sam siebie. Życie prywatne mu się posypało, nie ma jak imponować dziecku, cały jest pełen rozżalenia i goryczy. Marzy o napisaniu powieści, która by mu dała sławę, ale ma dość pisania o tym co go otacza - wymyślił sobie powieść sci-fi... Tyle, że nawet to idzie mu jak po grudzie.
Z tego życiowego marazmu wyrywa go nowe zlecenie. Nie wiadomo dlaczego duże wydawnictwo właśnie jemu chce zlecić napisanie biografii tajemniczego aktywisty, ekologa i obrońcy praw ludzi biednych. Sprawa niełatwa, bo Hamish Melville bardzo unika rozgłosu, działa głównie w różnych zapalnych puntach świata gdzie pierwotna ludność i dzika przyroda są zagrożone przez wielki przemysł i wielkie pieniądze. Stał się legendą, bo mając potężnych wrogów, Hamish jest jednak zadziwiająco skuteczny, ma wielu współpracowników na całym świecie i działa niekonwencjonalnie. Zadanie by do niego dotrzeć będzie dla Keitha Mabbuta nie lada wyzwaniem, ale dzięki temu znów może poczuć się jak za dawnych lat dziennikarzem śledczym...
Akcja będzie się toczyć m.in. w Indiach, nasz bohater postanowi "urwać się" swoim opiekunom i zbierać materiały na własną rękę, ale przyjdzie chwila gdy wreszcie będzie musiał zasiąść do pisania i przedstawienia swoim zleceniodawcom owoców swojej pracy. Pytanie czy będą z tego zadowoleni i czy on sam będzie z tego zadowolony. Da się odnaleźć Prawdę?

 

Troszkę humoru, troszkę akcji i po średnim początku nieźle wciąga. Dla mnie na pewno rzecz warta przeczytania. Jak wspomniałem - nawet jeżeli nie jest bardzo odkrywcza, to jednak pokazuje dylematy i przemyślenia wielu ludzi uwikłanych w różny sposób w dzisiejszy świat. Co można poświęcić dla swojego świętego spokoju, ciepełka, wygody? Kiedy będziemy milczeć, a kiedy wreszcie zaprotestujemy? Czy "postęp" jest nieunikniony i jaką cenę za niego trzeba zapłacić? A że koniec lekko rozczarowuje? Cóż, może zabrakło odrobiny finezji, ale na szczęście nie zostaliśmy jedynie z jakimś morałem na siłę i autor trochę spuścił pary z gwizdka odrobiną humoru.
Wśród rzeczy z ostatnich miesięcy w księgarniach - moim zdaniem na pewno godna zauważenia i przeczytania.
 
PS A absurdalnego humoru w stylu Monthy Pythona szukajcie gdzie indziej, bo w tej książce go nie ma.  
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/08/prawda-michael-pallin-czyli-czy.html

Książka nie oglądająca się na czytelnika

Kochanie, zabiłam nasze koty - Masłowska Dorota

Już jakiś czas minął od omawiania tej lektury na DKK, a ja wciąż odkładałem pisanie o niej "na później". Nie mam specjalnie porównania do innych powieści tej autorki, ani nie jestem fanem eksperymentów literackich gdzie treść jest mniej ważna od formy, w nosie mam opinie innych (gwiazda i odkrycie ostatniej dekady) i przyznaję się bez bicia mam z tą książką kłopot. Nie wiem czy dotyczy to Masłowskiej jako takiej, jej stylu, języka i pomysłów na pisanie, czy tylko tej jednej cieniutkiej powieści, ale po prostu tego nie kupuję. A kłopot polega na tym by dobrze wyjaśnić dlaczego. No bo tak: język specjalnie nie szokuje, choć chwilami robi się dziwnie, ale równie wiele było fragmentów dla mnie mało strawnych, co i tych zabawnych, gdzie człowiek uśmiechał się do jej porównań i zakręconych pomysłów. W dodatku trudno jej postawić zarzut, by było to kiepsko napisane - pod względem językowym jest ciekawie, a mozół przedzierania się przez te strony wynika raczej z przyjętego stylu narracji. 

Tak naprawdę całość to strumień świadomości płynący bez ładu i składu, wydarzenia realne przemieszane ze snami, czy wyobrażanymi w głowie sytuacjami. Ale to też nie jest dla mnie zarzutem - przecież Masłowska nie jako pierwsza taki patent stosuje i nie raz takie rzeczy nie tylko wciągały, ale i głęboko zapadały w pamięć. A czasem tak mam, że im bardziej coś popieprzone tym ciekawsze (też tak macie?) - dlatego np. uwielbiam książki Palahniuka. Wiecie co stanowiło podstawę tego mojego kłopotu? Przerysowani i przekombinowani bohaterowie. Nie tylko dziewczyny (bo one są tu na pierwszym planie), ale prawie każda postać jaka się tu pojawia - to wszystko jest tak pokręcone, tak dla mnie jakieś surrealistyczne, że musiałem się chwilami zmuszać by nie porzucić tego bełkotu. Zwyciężyła ciekawość. Czy to jest naprawdę jakiś obraz pokolenia? Czy tacy ludzie chodzą po ziemi? Co Masłowska próbuje nam pokazać? Czy ma jakiś przekaz, coś ważnego co chce w ich imieniu powiedzieć? I dochodzę moim zdaniem do sedna problemu - kompletnie nic. Ta książka dla mnie jest o niczym. Sorry. Tak to widzę. Ot z kilku luźnych pomysłów i dialogów, które miała w głowie albo podsłuchała na ulicy, postanowiła zlepić powieść, niespecjalnie sama chyba wiedząc dokąd ją to zaprowadzi.     
 
W tekście pada kilka fajnych tekstów, można się uśmiechnąć, ale ani w tym specjalnie nie szukałbym bym jakiejś logiki, ciągłości, ani tym bardziej przesłania. Ot wariacja na temat samotności i zagubienia egzystencjalnego 20-30 latków. Takich kosmopolitycznych "evrymenów", bo też akcja niby jest umieszczona w Stanach, ale podobne obrazki pewnie można by dostrzec w większości dużych miast. Temat może i ciekawy, ale w tym wydaniu niestety kompletnie "nie iskrzy", w głowie nie zostają mi żadne przemyślenia oprócz mniej lub bardziej zabawnych scenek.      


Cieszę się że sięgnąłem po wersję audio. Interpretacja Katarzyny Dąbrowskiej kapitalnie oddaje klimat tej książki. W tekście daje się wyłapać fajne określenie, które mogłoby definiować styl Masłowskiej w "Kochanie, zabiłam nasze koty" - to narracja nieoglądająca się na słuchacza. 

Nie martwcie się jednak. W ulubionych programach kulturalnych i rubrykach z recenzjami wielce szanowni krytycy na pewno wytłumaczą nam czemu to jest dzieło wielkie, pisarka genialna, a tylko czytelnik nie dorósł do tego poziomu...
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/02/kochanie-zabiam-nasze-koty-dorota.html

Emerytura wciąż nie dla niego...

Mick. Szalone życie i geniusz Jaggera - Andersen Christopher
Prawdę mówiąc jakoś nigdy nie byłem wielkim fanem The Rolling Stones - ani to moje pokolenie, a potem gdy coraz częściej sięgałem po starszą muzę, również wybierałem inne kapele. Ale trudno udawać, że Stonesów się nie zna, albo że jest się zupełnie obojętnym na ich muzę. Mają tyle kawałków (podobnie jak The Beatles), które weszły do klasyki muzyki współczesnej, że trudno ich ignorować, a co najważniejsze mimo wieku wciąż grają. Nie jakieś the best of i odgrzewane kotlety, ale wciąż tworzą i robią duże trasy koncertowe. Cholera od 50 lat??? Tych czterech panów niedługo będzie miało łącznie blisko 300 lat! Jak oni to robią? Zadając sobie podobne pytanie i z ciekawości sięgałem po tę biografię - nie uważam Mick Jaggera za geniusza (zresztą mało którego artystę za takiego uważam), ale tego że miał szalone życie domyślałem się od dawna...
 
Nie sądziłem jednak, że aż tak :) Gdyby nie to, że tu dowiadujemy się  (a właśnie, że nie powiem - sięgnijcie sami) dzięki czemu Jagger wciąż zachowuje tak dobrą formę i wielką energię można by uwierzyć w te bajki powtarzane wśród tych co lubią sobie zaszaleć - że niby alkohol, narkotyki i seks konserwują ciało i umysł. Cała ta biografia to lektura przesiąknięta na wylot rock&rollem, używkami i życiem buntownika, który za nic ma (no dodajmy, że z pewnymi wyjątkami) normy i wartości konserwatywnego społeczeństwa. Gdy czyta się o pochodzeniu Micka można być tym trochę zaskoczonym, ale nie on pierwszy i nie ostatni wolał iść za tym co go pociąga i fascynuje niż dać się wepchnąć w pewne sztywne formułki i tradycje rodzinne. Mimo, że skończył prestiżowe studia ekonomiczne (wiedzieliście?), jego życie to jednak scena, sława i nie ukrywajmy wielkie pieniądze. Czy o czymś zapomniałem? Ach tak - najważniejsze: kobiety. 
Tych kobiet i życia prywatnego (czy raczej prywatno - publicznego, bo wciąż jest pod ostrzałem mediów) jest tu prawie tyle samo co fragmentów dotyczących tworzenia piosenek, płyt i obrazków zza kulis pracy zespołu. Ale przyznam, że i jedno i drugie czyta się ciekawie. Unikam raczej plotkarskich pisemek od lat i muzycy interesują mnie od strony ich twórczości, a nie ekscesów, a tu co ileś stron przecierałem oczy ze zdumienia: to z nią też? Plotki mówią o 4 tysiącach kobiet, które przeszły przez jego ramiona... Hmm. Dodajmy do tego jeszcze wcale nie jakieś skrywane przygody z mężczyznami (m.in. z D. Bowiem) i potem drapiemy się w głowę dlaczego ten facet wobec swoich dzieci zachowuje się jak stary dobry konserwatysta i próbuje im czegokolwiek zakazywać (inne normy dla siebie, inne dla dzieci?). Owszem, od życia dostał sporo kopniaków i pewnie niejednego żałował, ale np. oglądania się za młodymi dziewczynami nie ma dość do dziś (niektórzy mówią, że to już uzależnienie).
Biografia jest dość szczera i nie brak tu fragmentów, których sam Jagger pewnie wolałby nie ujawniać lub nie komentować. Ale to co było dla mnie najciekawsze to, że pojawia się tu nie tylko on sam, ale cały światek artystyczny, finansowy, ba nawet polityczny - od Claptona, Lennona, Bono aż po Justina Biebera, od Madonny, Angeliny Jolie, Carli Bruni aż po Clintona. Naprawdę sporo ciekawostek (niekoniecznie plotek)! Do tego oczywiście cała historia zespołu - od niełatwych początków, przez pierwsze sukcesy aż po ogromne trasy koncertowe. Możemy poznać sporo szczegółów od zaplecza, dużo jest o niełatwych relacjach miedzy dwoma filarami zespołu, czyli Mickiem i Keithem Richardsem, a "na okrasę" opisane są też wszystkie próby solowej twórczości Jaggera i jego produkcje filmowe (nie wiedziałem, że tyle tego było).
 
Świetna lektura. Jagger to żywioł, trochę ekscentryk, charyzmatyczny wokalista, genialny manager, fatalny mąż i głowa rodziny, oceny jego jako kochanka się nie podejmuję, ale umówmy się, że jest przytaczana niejednokrotnie, cholernie wymagający od siebie perfekcjonista (przeczytajcie jak się przygotowuje do tras koncertowych), wizjoner, dobry kumpel (w opiniach niektórych), albo cyniczny i zimny drań (w opinii innych). Niełatwo przedstawić taką postać. Bo w przypadku Jaggera, pewnie niełatwo powiedzieć gdzie jest prawdziwe życie, a gdzie pewnego rodzaju gra i rola, kiedy szczerze się bawi, a kiedy występuje, kiedy chce być z kimś bo coś czuje, a kiedy chce być z kimś bo chce coś zagłuszyć...
 
Przecież nie będę robił tego wiecznie!
                                                 Mick Jagger, listopad 1969
 

No proszę w tym roku będzie miał lat 70 i chyba nie ma dość... Ile jeszcze da radę? Bo na "nasze oko" to już dawno powinien wylądować wśród emerytów :)

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/03/kto-chetny-na-ksiazke-mick-szalone.html

Angielska flegma i hiszpański temperament

Walka kotów - Eduardo Mendoza

To moje drugie spotkanie z tym autorem i prawdę mówiąc jakoś nie bardzo mogę się do niego przekonać - może Wy mi powiecie jaka jego powieść jest najlepsza, żeby nie było że mam pecha i mam pecha z wyborem? Mendoza zgrabnie żongluje nawiązaniami do historii, sztuki (w poprzednio czytanej była Wenecja, a teraz Madryt), bawi się w plątanie akcji, rozrzucanie jakichś tajemnic i symboli, a potem niewiele wyjaśnia, raptownie kończy i zostawia czytelnika w jakimś dziwnym stanie zawieszenia. Żeby jeszcze te zabawy literackie miały jakieś głębsze drugie dno, ale mam nieodparte wrażenie, że to tylko jakaś otoczka, a mimo wszystko najważniejsza w nich jest i tak pewna intryga i akcja (która moim zdaniem w obu powieściach kuleje). Musi być oczywiście wątek miłosny, musi być tajemnica, poszukiwania jej rozwiązania, jakieś dylematy bohatera i prawdę mówiąc gdy pod tym kątem rozpatruję obie przeczytane książki Mendozy, są zadziwiająco podobne. I na pewno łączy jej jeszcze jedno - co chyba wkurzało mnie najbardziej. Totalnie niewiarygodny i przedziwnie zachowujący się bohater. Najbardziej przypomina on łódkę miotaną przez fale, tak jakby nie miał kompletnie żadnych hamulców, barier, instynktu zachowawczego ani też grama rozumu. Po prostu idzie gdzie go nogi poniosą, wpada w jakieś zadziwiające towarzystwo, plącze się po jakichś piwnicach, spelunkach i nawet jak dostanie po łbie nic go to nie nauczy, bo następnego dnia będzie robił dokładnie to samo. Zero logiki, jakiegoś planu, sensownych decyzji - wokół niego dzieją się jakieś rzeczy, a on mimo, że jest najważniejszą postacią powieści zachowuje się jakby jego jedynym zadaniem było wszędzie wejść, spotkać się z każdym, choć nic z tego nie wynika, a jego los decyduje się jakimś kompletnym zbiegiem okoliczności. Facet idzie się przespacerować, a ląduje na wiecu politycznym, idzie zjeść, a ląduje w ramionach dziwki itd. Niby bohaterowie Mendozy to ludzie wykształceni, niegłupi, a zachowują się jak bezmyślne kukły, które autor popycha do kretyńskich sytuacji, po to by móc opisać jak najbardziej dramatyczne przygody. Nielogiczności, a nawet totalny irracjonalizm głównego bohatera, gdy wszystkie inne postacie zachowują się w miarę sensownie (a przynajmniej jest to jakoś tłumaczone), strasznie mnie uwiera w tych powieściach.     

    
Tym razem głównym bohaterem jest Anglik - Anthony Whitelands, który jako specjalista od malarstwa Velasqueza przyjeżdża do Madrytu by w tajemnicy dokonać wyceny zaginionego dzieła tego malarza. Cały kraj (lata 30-te) ogarnięty jest coraz większym szaleństwem - Hiszpania jest w przededniu wybuchu wojny domowej, a nasz bohater szybko wplątuje się w samo centrum rozgrywek między różnymi siłami politycznymi. Reszty może zdradzać nie będę, bo gdyby ktoś chciał sam sięgnąć po "Walkę kotów" będzie miał większą frajdę w bieganiu za Anthonym po całym mieście zastanawiając po co on to robi... 
Tło historyczne, czyli wszystkie te przepychanki między socjalistami, monarchistami, Falangą i wojskowymi niby ciekawe, ale oprócz wrażenia pewnego chaosu, braku nadziei na pokojowe rozwiązaniu konfliktu nie dowiemy się prawie nic konkretnego  - to już lepiej sięgnąć po dobre opracowanie historyczne. Niby wspomina się o ofiarach, podpaleniach, ale w samej powieści mamy wrażenie, że na mieście i w knajpach to po prostu przepychanki dobrych sąsiadów, którzy dadzą sobie po razie, a potem pójdą się napić. Jeżeli to miała być powieść dająca nam dotknąć grozy tamtych czasów, to po kiego diabła odstawiać całą tą komedię z głównym bohaterem (naprawdę wiele scen zamiast strasznych było raczej komicznych).
 
Ani to dobry dramat, ani kryminał, a też chyba poczucie humoru Pana Mendozy nie do końca do mnie trafia. Niby czyta się dobrze, ale odkłada się po przeczytaniu z rozczarowaniem. Nie znajduję tu dla siebie nic porywającego. Chyba jednak na razie sobie odpocznę do tego autora.
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/03/walka-kotow-eduardo-mendoza-czyli.html

Pieniądze nie zastąpią pamięci i współczucia

Zimowy morderca - Krystyna Kuhn

Drugi kryminał niemiecki w ciągu ostatnich tygodni... O ile u Bentowa zaczynało się ostro i szybko orientowaliśmy się, że klimat będzie mroczny, to powieść Krystyny Kuhn ciągnęła mi się przez wiele stron i zaczynałem zastanawiać się czy w ogóle się rozkręci. Może to kwestia głównego bohatera? Jakoś żelazna pani prokurator nie wywoływała u mnie specjalnej sympatii, a mimo, że później okazuje trochę słabości, to i tak jakoś w moich oczach ją nie urealniło jako głównego motoru prowadzącego sprawę... W dodatku ten wątek miłosny - jakiś taki mało realny, rozlazły - niby facet ją brzydzi, ale w ramiona jego leci niczym ćma do światła... Dobrze, że chociaż postać tego policjanta uprawdopodabnia troszkę całe dochodzenie, bo bez niego byłoby chyba ciężko doprowadzić sprawę do wyjaśnienia. Ja chyba jakoś mam uraz do kryminałów pisanych przez kobiety (Lackberg), nie podchodzą mi po prostu tak dobrze jak te "męskie"...
To tyle wstępnie o minusach. Ale może jednak nie warto się zniechęcać? Jeżeli chodzi o fabułę - otrzymujemy całkiem zgrabne połączenie zagadki kryminalnej z lekcją historii (i może dobrze, że ta książką w Niemczech była tak popularna?). Morderstwo nestorki bogatej rodziny niemieckiej i porwanie jej prawnuka, w dziwny sposób się splatają, a ślady jakie podrzuca poprzez media policji sprawca wskazują na jakąś tajemnicę w przeszłości. Zamiast pościgów, przesłuchań, roboty śledczej (śladów mnóstwo ale donikąd nie prowadzą, bo nie ma ich w kartotekach), mamy więc grzebanie w archiwach, bibliotekach, w pamięci ludzi którzy pamiętają jeszcze wydarzenia drugiej wojny światowej. Z Frankfurtu sprawa zaprowadzi wszystkich do Krakowa (ale mało sympatyczny dla nas ten obraz miasta i ludzi), ale tych śladów polskich w książce będzie sporo. 

Nie będę może zdradzał zbyt wiele, powiem jedynie, że to przypomina niektóre skandynawskie kryminały, gdzie wiele życiorysów swych przodków, różne rodziny próbowały tuszować i walczyć o to by trupy z szafy nie zostały wyciągnięte. Mamy więc i wstyd, poczucie winy, ale i pragnienie zemsty, żal i krzywdę, którą żadnymi pieniędzmi raczej nie da się zaleczyć.  
Jestem w stanie wybaczyć pewne nielogiczności jakie moim zdaniem pojawiają się w fabule, bo mimo wszystko książka wciąga i czyta się ją bardzo dobrze. Dla mnie tak jak u Bentowa liczył się klimat i bohater, tak tu chyba na pierwszy plan wysunęła się historia. Ten wątek jest pociągnięty na tyle dobrze, że nawet pewna przewidywalność rozstrzygnięcia finałowego specjalnie mi nie przeszkadzała. Skoro wiemy kto i dlaczego zabił, pozostaje jedynie kwestia tego, jak do kwestii jego winy podejdą inni członkowie dramatu (klasyczna sytuacja gdy ofiara mści się na swoich oprawcach) - czy zrozumieją, czy usprawiedliwią, czy potępią? Czy można mówić o dziedziczeniu winy i jak po latach w ogóle można doprowadzić do sprawiedliwości?
Książka raczej chłodna (i nie tylko ze względu na porę roku w jakiej dzieje się akcja), a niezbyt wesołe fragmenty dotyczące działania mediów, związków polityki, pieniędzy i policji, raczej nie nastrajają optymistycznie.
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/07/zimowy-morderca-krystyna-kuhn-czyli.html

I śmieszno i straszno...

Gogol w czasach Google'a - Wacław Radziwinowicz
Ostatnio coraz więcej u nas dobrych reportaży, ale ciekawe, że coraz częściej pojawia się publikacji o miejscach dość odległych (Afryka, Azja, kraje ogarnięte konfliktami, działaniami wojennymi, kraje egzotyczne lub mało dostępne dla turystów), a dużo mniej jest publikacji z miejsc i krajów z nami sąsiadujących (Mariusz Szczygieł jest wyjątkiem). Czy naprawdę nie dzieje się tam nic ciekawego? Czy już na tyle dobrze znamy naszych sąsiadów, że wszystko o nich wiemy? A może stwierdzamy, że są mało interesujący? Na każde z tych pytań odpowiedziałbym, że nie! Dlatego ze sporym zaciekawieniem przyjąłem wydaną przez Agorę książkę wieloletniego korespondenta GW z Moskwy. Zawartość to krótkie felietony, kilka dłuższych reportaży i korespondencje z okresu 1998-2012. Kawał historii kraju i jego mieszkańców. 
 
Choć często teksty te dotyczą spraw przeciętnych ludzi i opisują ich punkt widzenia, historia jest tu mocno obecna - wraca po to by pokazać nam różne wydarzenia i ich konsekwencje, pojawia się we wspomnieniach różnych ludzi, dzięki niej też łatwiej chwilami nam dojrzeć i zrozumieć pewne sprawy. Wspomina się nie tylko komunizm i czasy ZSRR, ale i trudne dla Rosjan lata 90-te gdy kryzys gospodarczy i polityczny wstrząsnął całym ich otoczeniem, a zamiast dać nadzieję, pozostawił raczej gorycz i tęsknotę. Mamy wojnę w Czeczenii, spięcia na linii "Pomarańczowi"-Kreml, konflikt z Gruzją, ocenę działaczy opozycji demokratycznej sposobu sprawowania władzy w Rosji, wydarzenia może nie nowe i często w jakimś kontekście nam już znane, ale tu możemy spojrzeć na nie troszkę inaczej. Autor podjął bowiem próbę, by za każdym razem, nawet jeśli opisuje jakieś wydarzenie, postawić w centrum jakichś konkretnych ludzi, często zwyczajnych mieszkańców, świadków, sąsiadów, członków rodzin. Patrząc ich oczyma, słuchając ich relacji i często subiektywnej oceny, lepiej możemy zrozumieć nie tylko to co się wydarzyło, ale i to jak bardzo zmieniło to życie ludzi, konsekwencje które pojawiały się w warstwie oficjalnych decyzji, a także w sposobie myślenia ludzi, ocen, postaw. Za tą wielką historią mocarstwa kryją się liczne dramaty ludzi, których czasem ten walec po prostu nie zauważa. A Radziwinowicz dociera do takich osób i ich wysłuchuje. 
 
Wiele tekstów jest naprawdę poruszających.
Kończąc jeszcze temat historii i polityki - zdaję sobie sprawę, że wielkim uproszczeniem będzie np. stwierdzenie, że większość Rosjan kocha i popiera Putina, albo że podchodzi z ogromną podejrzliwością do wszystkich "innostrańców" np. z dawnych republik radzieckich, z Zakaukazia. Dzięki tym tekstom lepiej jednak widzę jakie mechanizmy za takimi postawami stoją, jaki wpływ na to mogą też mieć oficjalne media. Autor stara się nie komentować różnych historii, pokazuje różne punkty widzenia, a my wsłuchując/wczytując się w te głosy sami możemy stwierdzać na ile co jest nam bliższe, co zrozumiałe, a co trudno przyjąć. 
Jaka ta Rosja współczesna dzięki Radziwinowiczowi się nam jawi? Na pewno jako kraj przesiąknięty korupcją (szczególnie mundurowi, którzy wykorzystują każdą okazję by dorobić do skromnych pensji), pełen czołobitności wobec zwierzchników (jak za cara), kraj w którym większość ludzi mało interesuje się sprawami demokracji i swobód, a raczej tym by po prostu żyło im się dobrze. Można zaakceptować autorytarną władzę, byle tylko zbytnio ona nie uciskała obywateli i zapewniła choć minimum socjalne. A z resztą już Rosjanie sobie poradzą. Przyzwyczajeni do różnych absurdów prawa i systemu gdzie często trzeba posiłkować się "prezentem", radzą sobie całkiem nieźle mimo, że dla niektórych cudzoziemców to nie do zniesienia. 
Sporo tu rzeczy na pierwszy rzut oka absurdalnych i dość zabawnych, ale całość obrazu życia w Rosji jaki mi się wyłania jest dość smutny i przerażający. Czy taki był świadomy zamysł autora? Tego nie wiem, na pewno jednak warto przeczytać i samemu spróbować dowiedzieć się trochę więcej o tym kraju i jego mieszkańcach. Możemy przyjrzeć się i stolicy, innym miastom i nawet najdalszym zakątkom Rosji przy granicy z Chinami.
Najlepiej oceniłbym z tej książki teksty, które są dłuższe, ale trzeba przyznać że Radziwinowicz ma talent również do pisania krótkich tekstów z fajnym pomysłem i dobrą puentą. Pisze z ironią, czasem ze zdziwieniem lub goryczą, ale co ważne nie ma w tym krzty wywyższania się. Jedyne co co chwilami zgrzytało to niewielkie powtórzenia w różnych tekstach.


PS Chcecie ją przeczytać? Książka w tej chwili w puli akcji Podaj książkę dalej. 

Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/03/gogol-w-czasach-googlea-wacaw.html

Nasze lęki i fobie...

Ptaszydło  - Max Bentow, Emilia Skowrońska

Tym razem wśród szkiców notek wyciągam dwie książkowe i najbliższe dwa dni zagoszczą u mnie kryminały niemieckie. Oba znalazły już w konkursie nowego właściciela, ale ponieważ to nowości z czerwca i lipca, bez problemu znajdziecie je w księgarniach. Oba wydane przez wyd. Dolnośląskie są chyba dostępne też w wersji audio w Audiotece (bo zdobyłem je właśnie na konferencji gdzie promowano wspólny projekt).

Ptaszydło to debiut Maxa Bentowa, ale otwiera cykl z przygodami komisarza Nilsa Trojana, wiec tym, którym jego styl i pomysły podpasują będą mieli ciąg dalszy. Warto dodać, że bliżej temu do thrillera psychologicznego niż do czystego kryminału, jest mrocznie (opisy zbrodni są dość makabryczne) i akcja rozwija się dość powoli. Mi to tempo nie przeszkadzało, bo cenię sobie nie tyle akcję (wiec finał nawet był dla mnie lekkim rozczarowaniem), a klimat, ale zależy co kto lubi. Grunt, że łyknąłem błyskawicznie i raczej z przyjemnością.

Berliński komisarz Nils Trojan to face, który ostatnimi czasy jest trochę przytłoczony swoją pracą - dopadły go stres, lęki, przemęczenie, ale przecież wstyd się przyznać przed kolegami i przełożonymi, że ma się jakieś problemy. Korzysta więc z pomocy prywatnie, przy okazji trochę podkochując się w terapeutce. W wielu kryminałach postać głównego bohatera jest kreślona w podobny sposób - nie żaden superbohater, tylko ktoś ze skomplikowanym życiem osobistym, problemami i słabościami. Może taki policjant wydaje nam się bardziej ludzki? W każdym razie Bentow całkiem fajnie nakreślił nam postać komisarza - da się lubić i człowiek ma ochotę mu kibicować.
W Ptaszydle niby już na początku książki mamy morderstwo (i to bardzo okrutne), ale akcja nie rozpędza się od razu. Zmieniamy punkty widzenia, chwilami nawet patrzymy oczyma psychopaty polującego na blondynki, lub jego ofiar, dzięki temu powoli budowana jest jakaś tajemnicza i mroczna atmosfera. Seryjny morderca dzięki przypadkowi podejmie prywatną rozgrywkę z policjantem, jest wyścig z czasem, parę razy mylone są też nasze (i policjantów) tropy... Niby nic nowego, ale napisane całkiem sprawnie, schematy dobrze wykorzystane, a akcenty odpowiednio poukładane. Samo śledztwo rozpędza się dopiero pod koniec, ale parę razy uda się nam przeżyć mały dreszczyk emocji, doświadczyć ciekawości i przynajmniej nie mamy wrażenia, że sprzedaje nam się ciąg pościgów, strzelanin i bójek...       
 
Wciągające i mimo trochę dla mnie rozczarowującego i mało przekonywującego finału, lektura na którą nie szkoda czasu. Porównując to z tak modnymi kryminałami skandynawskimi wcale nie jest gorzej... 
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/07/ptaszydo-max-bentow-czyli-nasze-fobie-i.html#more

Inspiracja do zmiany

Klub filmowy - Gilmour David
Wyobraźmy sobie 16-latka, który przestaje chodzić do szkoły. Natychmiast zaczynają się z tego powodu jakieś kłopoty – pogorszenie ocen, uwagi od nauczycieli, do tego dodajmy jeszcze wieczny niepokój rodziców: jeżeli nie chodzi do szkoły to gdzie jest, z kim jest, co robi? W błyskawicznym tempie narastają wokół niego kłamstwa, kombinacje, awantury, prośby i groźby. Co to znaczy nie chce chodzić do szkoły?!! On nie myśli o swojej przyszłości? Co on chce w życiu robić? Żadne rozmowy nie dają skutku, a co gorsza to nie jest tak, że chłopak się poddał, bo był złym uczniem (he, he, o mnie też mawiano zdolny, ale leniwy), on po prostu nie chce myśleć o konsekwencjach, ale na dzień dzisiejszy stwierdza po prostu, że ma dość. Nauczycieli,  obowiązków, prac domowych, odpytywania, starania się. Twierdzi, że ma jakiś inny pomysł na to co chciałby robić (tyle, że nie bardzo potrafi określić co to miałoby być). Nasze dotąd nie sprawiające problemów dziecko, nagle krzyczy nam w twarz, że go nie rozumiemy. Co z takim nastolatkiem zrobić? Co się takiego zadziało, że między nami – "świetnymi" rodzicami – a tym nastolatkiem tak szybko wyrósł jakiś mur? 
David, ojciec Jessego, który postawił go właśnie w takiej sytuacji, wpada na pewien oryginalny pomysł. Bierze chłopaka na „męską” rozmowę i proponuje mu pewien kontrakt: może zrezygnować z nauki, nie będzie musiał iść do pracy ani płacić czynszu, ale stawia mu dwa warunki: zero narkotyków oraz poświęcenie minimum trzech wieczorów w każdym tygodniu by obejrzeć z ojcem wybrane przez niego filmy. Ryzykowne prawda? Taki jest właśnie początek książki Davida Glimoura „Klub filmowy”. 
 
To klub, który tworzą tylko oni dwaj – ojciec, syn i celebrowane wspólnie wieczory, które staną się okazją nie tylko do analizowania poszczególnych dzieł z historii kina, ale do bardzo szczerych i poważnych rozmów na temat życia. David na początku wybierając obrazy do obejrzenia i omówienia starał się za wszelką cenę coś przekazać, wskazać coś do przemyślenia, potem niejednokrotnie modyfikował swe plany i założenia, dostosowując się do nastrojów Jessego. Oglądali filmy uznawane za najlepsze, czasem te najgorsze, albo po prostu takie, które były ciekawe choćby ze względu na jeden wątek. Ktoś powie - ok? Ale co z tego? Chłopak siedzi rok w domu, pije, pali, obija się i jaki w tym sens? David też przeżywał takie wątpliwości. Odkrył jednak, że trzymając się tego kontraktu, znajdując czas dla syna i szukając takiej neutralnej płaszczyzny porozumienia (a nie wiecznie wracając do wypominania i męczenia pytaniami) osiąga coś ważnego - coraz bardziej otwarcie ze sobą rozmawiają. To takie proste? Słuchać, nic nie narzucać, dawać prawo do wyboru, do błędów, by syn mógł sam dojść do pewnych rzeczy... 
 
Ten klub zmienił ich i nauczył dużo obu. I to wiedzy nie tylko o filmie, ale przede wszystkim o nich samych. Gdy rozmawiali o tym co dla nich ważne, jak patrzą na świat, jakie mają marzenia, jak wyobrażają sobie przyszłość - Jesse nabierał pewności siebie, odkrywał, że szczerze może mówić o różnych sprawach, a David cieszył się z tego ile może synowi ofiarować dając wsparcie, a nie narzucając nic na siłę. Projekcje filmowe były szansą nie tylko na rozmowę o tym co oglądali, ale również o tym co te filmy znaczyły kiedyś dla Davida, o tym co on przeżywał w swojej młodości i co przeżywa teraz Jesse. Ten rok okazał się lekcją dla nich obu - lekcją brania odpowiedzialności za swoje życia, a dla ojca lekcją tego, że dojrzałości nie da się nauczyć samymi nakazami, że dając chłopakowi strefę wolności robi dla niego więcej niżby miał osiągnąć chroniąc go i trzymając za rękę.
 
„Klub filmowy” to mądra opowieść o relacjach syna i ojca, o niezwykłym eksperymencie rodzicielskim, który choć w momencie podejmowania wydawał się jedynie intuicyjny i mało racjonalny, w efekcie okazał się przynoszącym dobre owoce. David dał synowi prawo wyboru, dużą strefę swobody, ale też nie pozwolił mu na bezczynność. To nawet nie konsekwencja ojca (bo chwilami jej brakowało) lecz pełne troski towarzyszenie synowi w jego zmaganiach z samym sobą, pomogło w tym by mógł on sam lepiej przemyśleć i zaplanować swoje życie. Autor opisał swoje własne przeżycia i zmagania, widać więc, że i on bardzo przeżył ten okres działania "Klubu filmowego".
 
Do przemyślenia nie tylko dla rodziców! A dla maniaków kina, do książki dołączono pełen wykaz oglądanych przez nich wspólnie filmów (jest o nich sporo w tekście, choć nie zawsze są to tytuły bardzo znane u nas).
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/03/klub-filmowy-david-gilmour-czyli.html

Blake, ludzie, zwierzęta i Gniew

Prowadź swój pług przez kości umarłych - Tokarczuk Olga

Kryminał ekologiczny, jak go sobie nazwałem dla własnych potrzeb i książką o najbardziej pokręconym tytule z ostatnio czytanych - oto książka Tokarczuk. 


Tak naprawdę tę powieść w odróżnieniu od innych kryminałów nawet nie sama tajemnica, jakaś zagadka, choć przecież morderstw jest nawet kilka, ale postać głównej bohaterki i jej sposób widzenia świata. Janina Duszejko - kiedyś inżynier budujący mosty, a obecnie mieszkająca na odludziu w Kotlinie Kłodzkiej i doglądająca domy letników kobieta jest narratorem całej historii, ale nawet gdyby tak nie było i tak przykuwała by chyba całą uwagę.
Starsza Pani (a może po prostu trochę zdziwaczała, bo przecież staruszką nie jest, choć wciąż się skarży na dolegliwości) osiadła na odludziu by znaleźć spokój, ciszę, kontakt z przyrodą, którą kocha bez reszty. Można by rzec, że kocha zwierzęta miłością pierwszą i jedyną, a już na pewno na jej pozytywne uczucia nie zasługuje nikt, kto zwierząt nie lubi. Oto i oś akcji książki - gdy w okolicy zdarzają się niewyjaśnione dziwne przypadki morderstw, Janina ogłasza całemu światu swoją teorię - to zemsta zwierząt, za to, że ofiary wcześniej były myśliwymi, kłusownikami i gnębicielami jej ukochanych czworonogów. A może powinienem napisać Zwierząt, albo Istot - bo tak właśnie one w powieści są nazywane? Oczywiście pani Janinie mimo kilku zaprzyjaźnionych z nią osób w okolicy, trudno znaleźć zrozumienie dla swoich teorii, wszyscy biorą ją za dziwaczkę lub po prostu wariatkę.   
Gdyby ta jej dziwność kończyła się tylko na miłości do zwierząt - niestety jej charakter czy inne hobby np. stawianie horoskopów i przekonywanie wszystkich o tym jak różne wydarzenia spowodowane są wpływem planet, drażnią nie tylko inne postacie w książce, ale i czytelników (no dobra, może tylko mnie)... Duszejko żyje samotnie, choć przyjmuje pod swój dom kilka osób, które polubiła, wciąż tkwi w niej dziwna niechęć do tego by otworzyć się na drugą osobę do końca, by zaufać. Są chwilowym towarzyszem, wytchnieniem, ale ona ma świadomość i głębokie przekonanie, że chce być sama, że tak jest lepiej. Ona, zwierzęta, gwiazdy i duchy (konia z rzędem temu kto mi wytłumaczy co ma oznaczać obecność duchów w jej domu)... No może jedynie najmłodsi są godni uwagi, najbardziej chłonni i otwarci na jej różne opowieści, wiernie słuchający - znalazła sobie prace w szkole, ale godzi się tylko na młodsze klasy. Ciekawa postać - drażni, dziwi, ale trudno powiedzieć, żeby nie zaciekawiała. 
I tak naprawdę ta postać jest tu w centrum. Bo niby kryminał, ale tak naprawdę chyba nawet samej autorce chodziło głównie o to by pokazać pewną postawę wobec świata natury, sprzeciw wobec krzywdzeniu, polowaniom, obojętności, obłudzie, by poruszyć sumienia. Tyle, że przyjmując taką lżejszą formę, Tokarczuk sprawiła, że czyta się to lżej, niż gdybyśmy mieli te rozważania łyknąć jako część czegoś poważniejszego. A czy kogoś to przekona, poruszy, to inna sprawa... Trochę to wszystko jednowymiarowe, zbyt przerysowane jak dla mnie...
Tego kto jest mordercą dość łatwo się domyślić, więc lepiej nie wybrzydzać co to za kryminał, a raczej skupić się na ładnych i troszkę tajemniczych opisach Kotliny, oraz na samej bohaterce. Może warto zadać sobie pytanie jak byśmy rozmawiali z kimś do niej podobnym? Szalona, czy nie?
Pewnie dla mnie wstęp do kolejnych powieści tej autorki. Bez zachwytów, ale z ciekawością na ile te wszystkie dziwactwa są częścią poglądów i osobowości samej autorki (czy np. wszędzie promuje astrologię jako jedyną prawdę o człowieku).  
Źródło materiału: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/07/prowadz-swoj-pug-przez-kosci-umarych.html#more

Teraz czytam

Nic nie zdarza się przypadkiem
Tiziano Terzani
Atlas zbuntowany
Ayn Rand, Iwona Michałowska
Blackout - Jutro będzie za późno
Marc Elsberg
Drogie życie
Alice Munro, Agnieszka Kuc